08 stycznia 2016

Meine Damen und meine Herren, Herzlich willkommen und Nicht verstehen...

Ponownie kilka słów o uchodźcach. Jak być może się domyślacie w dużej mierze zainspirowane ostatnimi wydarzeniami w Niemczech. Uchodźcy z Syrii urządzają sobie na ulicach Niemiec małe swingers party, Policja jest praktycznie bezradna, media przez jakiś milczą, potem policja celowo nie ujawnia, czy też próbuje nie ujawnić wszystkich faktów. Jeden z pierwszych efektów polityki multi kulti uber alles i solidarność uber alles. Nie trzeba było długo czekać. Incydent, jeżeli tak to można w ogóle określić, daje dużo do myślenia, w każdym razie powinien dać. Ale tenże incydent był to przewidzenia, to była tylko kwestia czasu, podobnie jak kolejne incydenty związane bezpośrednio i pośrednio z obecnością takiej ilości uchodźców są jedynie kwestią czasu. Co jest o wiele bardziej zastanawiające jest paraliż Policji, cisza w mediach, próba ukrycia pewnych faktów przez Policję. 

Niemcy strzeliły sobie w stopę, ba można pokusić się o stwierdzenie, że odcięły sobie całą nogę, ale nic to. Bo jak ja wiadomo nie od wczoraj, jeżeli fakty przeczą ogólnie przyjętej i jedynie słusznej wizji rzeczywistości to tym gorzej dla faktów. Polityczna poprawność uber alles, nicht wa? Jeszcze ciekawsze jest to, że burmistrz niemieckiego miasta, o lewackim rodowodzie, twierdzi, że to wina kobiet. Całkiem dobre, ciekawe czy nadal by tak twierdziła, gdyby 50 arabów, przepraszam uchodźców, pojechało z nią kolejarza? Jest to do sprawdzenia. 

Niemcy mają nie lada problem, ich rząd doprowadził do tego, że nie może zapewnić swoim obywatelom bezpieczeństwa we własnym kraju i moim zdaniem zrobił to z całkowitą premedytacją, lekceważąc głos rozsądku. Ile trzeba do tego, by ludzie wyszli na ulicę, bądź do tego, aby wzięli sprawiedliwość w swoje ręce? 
Czy to wystarczy, aby zaślepieni polityczną poprawnością i pozbawieni instynktu samozachowawczego  piewcy solidarności z biednymi uchodźcami przejrzeli na oczy? Powinno, lecz nie można mieć co do tego pewności, gdyż jak pokazuje przykład pani burmistrz, nawet wydarzenie tego kalibru nie jest w stanie sprawić, by niektórzy ocknęli się  z letargu. 

Prawda jest taka, że w tym momencie zaklinanie rzeczywistości już nic nie da. Bezkrytyczne, hurtowe, wpuszczanie uchodźców było błędem. Przyznajcie się do niego. Nie solidarność, nie tolerancja, multi kulti, czy inne pseudo postępowe gówno powinno wyznaczać kierunki działań w tych trudnych czasach, tylko zdrowy rozsądek połączony z własną racją stanu. Ale nie, po co? Kiedy ktoś zacznie budować płot jest zły, i zacofany, kiedy ktoś powie, że mamy do czynienia ze zorganizowaną inwazją to należy go odsądzić od czci i wiary. 

Tyle o bełkocie. Teraz fakty. Fakty są takie, że jeżeli się nie opamiętacie i jak mówi Max Kolonko "round them up, send  them home", to niedługo będziecie obcymi we własnymi kraju, a wasze miasta rozświetlą łuny płonących samochodów... No chyba, że w większości są nadal ludzie, którzy uważają, że tym qasi uchodźcom należy pomagać i hurtowo przyjmować do Europy.  Jeżeli tak jest to może muszą poczekać aż spalą im samochód, okradną dom lub zgwałcą córkę, choć i wtedy nie wiadomo, piewcy PC i tolerancji to bardzo dziwne istoty, wyjątkowo odporne na wiedzę.... 

19 listopada 2015

Solidarite

Witam po długiej przerwie. Chroniczny brak czasu oraz wewnętrzne odczucie, tego, że wszystko już było, a więc nie ma sensu o tym pisać po raz kolejny w dużej mierze przyczyniły się do tak długiego okresu "milczenia". 
To o czym dziś napiszę, w gruncie rzeczy, nie będzie niczym specjalnie nowym, w szczególności dla stałych czytelników tego bloga (o ile tacy jeszcze są). Ostatnie wydarzenia we Francji, jak również sytuacja na świecie i w Europie nie mogą pozostać bez komentarza z mojej strony. 

Zamachy we Francji - tragedia, szok, chęć odwetu, a jednocześnie (w mojej ocenie) brak jakichkolwiek refleksji związanych z bezkrytycznym - bo tak to trzeba nazwać - wpuszczaniem na swoje podwórko uchodźców z Syrii oraz Afryki. Za bezrefleksyjnych rzecz jasna uważam włodarzy państw UE, nie zaś przeciętnego obywatela tychże państw, ale o tym potem. Można powtarzać niczym mantrę, że nie można postawić znaku równości pomiędzy uchodźcami i terrorystami, można bez końca rzucać sloganami o solidarności międzyludzkiej i zasadach humanitaryzmu. Można. Co jednak z instynktem samozachowawczym? Co z uczeniem się na własnych błędach? Czy w imię politycznej poprawności, w imię ogólnie pojętej solidarności międzyludzkiej należy odrzucić wszelkie refleksje oraz wspomniany instynkt samozachowawczy schować głęboko w szafie? Nie wydaje mi się. 

Spójrzmy na fakty. Obecnie fakty świadczą przeciwko obranej przez UE liberalnej polityce wobec uchodźców oraz Islamu ogólnie rzecz biorąc - więc tym gorzej dla faktów. Spójrzmy na to co dzieje się w Szwecji, Danii, Francji, Niemczech. Spójrzmy na społeczności muzułmańskie w tych krajach, które wysuwają coraz śmielsze żądania pod adresem rządów tych krajów. Które nie chcą i nie mają zamiaru dostosować się do obyczajów i praw państw, które je przyjęły, na ludzi, którzy 2 lub 3 pokoleniu nie posługują się językiem kraju w jakim obecnie żyją, ludzi, którzy przeświadczeni są o tym, że IM SIĘ NALEŻY, którzy przeświadczeni są o tym, że mniejszość ma rację. Owszem, można zgodzić się z twierdzeniem, że "papierkiem lakmusowym" współczesnych demokracji jest stosunek do mniejszości. Czy można jednak pozwolić, na to aby w tychże demokracjach mniejszość, nieważne jaka, miała de facto więcej praw niż większość, która (moim zdaniem) w 100% jest autorem "dobrobytu" i struktur państwowych, z których wspomniana wcześniej mniejszość czerpie pełnymi garściami? Jestem przekonany, że nie jest to właściwa droga. Można się zgodzić z twierdzeniem, że skoro jakiś kraj chce nosić miano "cywilizowanego" oraz tolerancyjnego etc., to nie może narzucać swego stylu życia przyjezdnym - jeżeli rzecz jasna zgadza się na ich obecność. W porządku, każdy ma prawo do życia wedle swojego uznania, zwłaszcza w wolnym, demokratycznym kraju. Czy to ma jednak oznaczać, że kraj ten, w imię tejże wolności ma ograniczać wolność swych "rdzennych" obywateli, po to aby nie "urazić" napływowej mniejszości? Nie mogę się tym z zgodzić. Jest to niedorzeczna i niebezpieczna polityka. Nie chcecie się asymilować? (Słowo zdaje się obecnie niepoprawne politycznie, nie wiem, nie nadążam za tą nowomową). W porządku, nikt was nie zmusza, ale to nie zmienia faktu, że nie jesteście "u siebie w domu" i nie możecie oczekiwać, że to my dostosujemy się do was. 
Nie wiem czemu jest to tak ciężkie do zrozumienia, nie wiem również, czemu tak wielu ludzi twierdzi, że tak nie można postępować. Czemu Europa, która nieważne czy to się komuś podoba czy nie, ma chrześcijańskie korzenie, ma nie obchodzić świąt Bożego Narodzenia? Bo nie podoba się to muzułmanom? Trudno, granice pozostają otwarte. Niezrozumiałym dla mnie jest próba wyrzekania się swojego dziedzictwa i stylu życie w imię tolerancji, czy też raczej polityki nie drażnić muzułmanów. 

O roszczeniowej postawie muzułmanów zamieszkujących różne kraje europejskie, z wiadomych względów, nie mówi się zbyt głośno. Jednakże zainteresowani tematem z łatwością dotrą do materiałów przedstawiających ich zachowanie. Nie mówi się głośno w "liberalnych" mediach, nie mówi się głośno na oficjalnych spotkaniach polityków, nie mówi się głośno wszędzie tam gdzie panuje PC. Nie oszukujmy się jednak PC nie panuje wszędzie. Posłuchajcie głosów "normalnych" ludzi, tego co mają do powiedzenia ludzie, którzy na własnej skórze muszą doświadczać skutków polityki solidarności wobec uchodźców. Gwarantuję, że ich głos będzie diametralnie inny od głosu "możnowładców" tego świata. Będzie tak choćby dlatego, że świat, zza prezydenckiego, bądź kanclerskiego biurka wygląda zupełnie inaczej niż świat pana Klausa, któremu emigranci pobili ojca i zniszczyli samochód. Taki tam truizm. 

Na łamach tego bloga wspomniałem już nie raz, że  polityka PC oraz źle pojęta tolerancja będą miały opłakane skutki. Jak już wcześniej wspomniałem, nie wydaje mi się, aby zdrowo myślący człowiek stawiał znak równości pomiędzy uchodźcami a terrorystami. Oczywisćie nie można wykluczyć zagrożenia jakie niesie ze sobą przyjęcie takiej masy ludzi - nie można dokładnie skontrolować każdego. Trzeba jednak myśleć długofalowo. Jakie będą skutki stworzenia muzułmańskich enklaw na terenie UE? Z pewnością nikt nie ma takiego zamiaru, nie wydaje mi się jednak, aby miało to mieć inny finał. Takie enklawy powstaną, a ludzie je zamieszkujący będą wyciągać rękę po benefity socjalne, bo im się przecież należą, to po pierwsze, a po drugie, to ludzie ci świetnie wiedzą jak wykorzystywać system europejskiego rozdawnictwa. Wielu z nich nie chce i nie będzie pracować. Jedyne co będą robić to wysuwać kolejne żądania i "przemocą" wprowadzać swój ład na europejskiej ziemi. 

Dlaczego, jako Europejczycy nie powinniśmy się na to godzić? Ze względu na wspomniany wcześniej instynkt samozachowawczy oraz ze względu na to, że jeśli tymże instynktem nie wykażemy to będzie to oznaczało kres Europy jaką znamy. Dlaczego nie powinniśmy się na to godzić? Dlatego, że w relacjach świat zachodni islam nie występuje zasada wzajemności. Wyobrażacie sobie sytuację, w której w Europie wybucha wojna pomiędzy jakimiś krajami, a obywatele jednego z tych krajów masowo udają się do jakiegoś z krajów muzułmańskich? Ten przyjmuje ich z otwartymi rękami, daje zasiłki i pozwala kultywować swoją religię, obyczaje, budować kościoły? Absurd, prawda? Spójrzmy prawdzie w oczy "wojna cywilizacji", która, nota bene, toczy się już od dawna, weszła w nową fazę. Pytanie tylko, czy wyjdziemy z tej wojny obronną ręką? Na razie przegrywamy bitwy, co oczywiście nie znaczy, że nie możemy wygrać wojny, piłka jest ciągle w grze. Aby jednak tę wojnę wygrać trzeba przejrzeć na oczy. Zrzucić z nich bielmo politycznej poprawności i tolerancji ponad wszystko. 

Będąc przy tym temacie nie mogę nie wspomnieć o postawie Martina Schulza, który w bardzo ostry sposób skrytykował nasz rząd i kraj w związku z wypowiedzią dotyczącą przyjęcia uchodźców. Pan Schulz twierdzi, że: "kiedy Polska czuje się zagrożona przez Rosję i domaga się więcej broni, żołnierzy i funduszów, Europa jest solidarna. Ale w takiej sytuacji nie można nagle przyjść i powiedzieć, że uchodźcy to tylko problem Niemców i nie ma się z tym nic wspólnego". Po pierwsze, Panie Schulz, łatwo jest szafować hasłami takimi jak solidarność kiedy jest się jednym z bogatszych państw w Europie. Ale skoro o solidarności mowa, to który z krajów zablokował Polsce rynek pracy na 7 lat z obawy przed zalewem taniej siły roboczej? Nie były to przypadkiem Niemcy? Piękny przykład solidarności, cały świat może się od was uczyć. Czy uchodźcy to tylko problem Niemców? Nie, nie tylko, nie ukrywajmy jednak problem ten Niemcy mają na własne życzenie, a teraz, gdy powoli przestają sobie z nim radzić, próbują narzucić swoje zdanie innym krajom UE. Nie wydaje mi się jednak, aby p. Shulza należało traktować poważnie, gdyż ma on już na swoim koncie inne, kuriozalne wypowiedzi, takie jak: "solidarność w Europie w sprawie imigrantów trzeba od krajów unijnych egzekwować siłą". Fakt, Niemcy mogą się pochwalić pewną historią rozwiązań siłowych... bez komentarza. 

Solidarność jest pięknym hasłem, powiem więcej, solidarność w praktyce również jest piękna. Nie można jednak posługiwać się tą piękną ideą po to, aby podcinać gałąź, na której się siedzi. Jakie zobowiązania ma Europa w stosunku do Syrii? Nie wiem. Czemu mamy strzelać gole do własnej bramki? Również nie wiem. Wiem za to, że prawdą okazuje się twierdzenie: o rzeczach oczywistych nigdy za mało. Powiedzmy sobie jasno, dorabianie ideologii do czegokolwiek, tam gdzie jej de facto nie ma, zawsze jest szkodliwe. Tak właśnie dzieje się UE. Nie raz wspomniałem o tym, że UE jako byt oparty na wolnej wymianie handlowej, oparty na podstawach ekonomicznych funkcjonowałby o wiele lepiej. Niestety od lat UE sztucznie dorabia do swego istnienia ideologię. Multikuliti i keine grenzen. Keine grenzen jest fajne jak się podróżuje, nie oszukujmy się jednak, jakieś granice muszą być. Nie oszukujmy się, nie da się zbudować jedności tylko dlatego, że mamy UE i fajnie by było jakby wszyscy się złapali za rączki i radośnie pląsali w kółeczku. Moja ocena tego jest taka: całą tą ideologię jedności europejskiej oraz te wyimaginowane wartości, które mają być filarami UE można o kant dupy  potłuc. Historia pokazuje, że jak przychodzi co do czego, to solidarność pozostaje na papierze, a każdy gra do swojej bramki. My Polacy przekonaliśmy się o tym nie raz, bo przecież kto by chciał umierać za Gdańsk? Więc nie mówcie nam nic o solidarności, bo coś o tym wiemy...

03 listopada 2013

Soul Food.

Witam i zapraszam do zapoznania się z teledyskiem grupy Bracia Figo Fagot o wdzięcznym tytule Pisarz Miłości. 

22 czerwca 2013

O NFZ słów kilka...

... czyli znów o tym, że jest do dupy. Wiem, powtarzam się i to nawet po tym jak postanowiłem, że nie będę tego robił. Jak widzicie potrzeba komentowania smutnej, polskiej rzeczywistości jest silniejsza niż potrzeba niepowtarzania się. 

Dziś będzie o NFZ (między innymi). Sądzę, że każdy, kto miał wątpliwą przyjemność, lub innymi słowy był zmuszony, do korzystania z usług NFZ (ściślej z usług finansowanych z NFZ) może śmiało dorzucić swoje kilka groszy. Choć może lepiej by było powiedzieć kolejną łyżkę dziegciu.Problem w tym, że skoro mowa o dziegciu, to powinien też być miód, przynajmniej tak mi się zdaje. 

Miodu jednak ze świecą szukać. Jeżeli jeszcze jakiś jest, to leży przykryty grubą warstwą dziegciu, żalu i ludzkich łez. Ludzie umierający z powodu braku refundowanych leków, braku miejsca w szpitalach, lub nieprzyjęcia na oddział, dlatego, że NFZ nie widzi sensu ani potrzeby żeby ich leczyć, ludzie bijący się o to, by zapisać na wizytę u specjalisty (z terminem wizyty za rok). 

Można by długo wymieniać, nie ma chyba to jednak sensu, gdyż jak już wcześniej wspomniałem, Ci którzy mieli styczność ze "służbą zdrowia" w Polsce doskonale wiedzą o co chodzi. Pytanie tylko po co nam kolejna instytucja, która nie wywiązuje się z powierzonych jej zadań? Pomijając oczywiście miejsca pracy dla krewnych i znajomych królika oraz fakt, że w tym kraju nic nie działa, a jedną z naczelnych zasad jest - pomyśl logicznie, zrób odwrotnie. Rzecz jasna NFZ zazwyczaj nie widzi problemu, gdyż zwiększa limity i co rok daje więcej pieniędzy, no i w ogóle, czego od nas chcecie? 

Jak już zapewne wiecie jestem zwolennikiem prostych rozwiązań. A więc jeśli coś nie działa to należy to naprawić, a jeśli czegoś nie da się naprawić, to należy to wypieprzyć do kosza. Czy NFZ da się naprawić? Szczerze wątpię. Należy więc wziąć dużo kijaszków i rozgonić towarzystwo w cztery strony świata. Innymi słowy, "bezpłatna" służba zdrowia to fikcja. W praktyce NFZ nie finansuje prawie niczego, więc pozostaje nam albo leczyć się prywatnie, płacąc z własnej kieszeni - czyli drugi raz, bo przecież płacimy składki na NFZ, albo płacić pod stołem, by dostać się do specjalisty, lub na stół operacyjny zanim zdążymy zasilić szeregi wąchających kwiatki od dołu. Czytaj: jak masz pieniądze, to możesz kombinować, a jak ich nie masz, to usiądź spokojnie w kącie i czekaj na śmierć - oddasz państwu przysługę odciążysz ZUS. 

Ubezpieczenie zdrowotne powinno być dobrowolne, a nawet jeśli nie, to powinniśmy mieć wolny wybór w kwestii tego, gdzie i za ile chcemy się ubezpieczyć. Żyjemy w końcu, teoretycznie, w wolnym kraju opartym na zasadach demokracji i gospodarki wolnorynkowej. Stwórzmy więc wolność i wolny rynek ubezpieczeń medycznych i skończmy z fikcją darmowej służby zdrowia. Nie od wczoraj faktem jest (na co zwrócił uwagę specjalista z dziedziny ekonomii, którego nazwiska nie pamiętam), że najdroższe rzeczy to te, które są "darmowe". Poza tym, nie oszukujmy się, jak to mawiają Jankesi: "nie ma czegoś takiego jak darmowy lunch". Koniec i kropka. Za darmo można w ryj dostać, nic więcej. Czemu wspomniani Jankesi, którzy jakby na to nie patrzeć żyją w kraju o wiele bogatszym od Polski nie posiadają wspaniałego wynalazku darmowej służby zdrowia? Może dlatego, że zdają sobie sprawę, że jest to zbyt dużym obciążeniem dla budżetu, czytaj workiem bez dna. Może, nie wiem, tak tylko zgaduję. 

Plusów wprowadzenia dobrowolności ubezpieczenia medycznego lub choćby "uwolnienia" rynku ubezpieczeń zdrowotnych jest wiele. Gdyby ubezpieczenie było dobrowolne, to każdy decydowałby czy i za ile ma się ubezpieczyć. Ludzie w różnych etapach swojego życia, w zależności od potrzeb sami decydowaliby ile pieniędzy chcą wydawać na ubezpieczenie. Np. chodzę do lekarza 3 razy w roku, wykupuję "pakiet minimum" za 100 złotych. Chodzę często, wykupuję za pakiet za 500, albo jak mam pieniądze i fantazję pakiet "platynowy" za 2000, w którym mam masaże, wi-fi i room service - moje pieniądze moja sprawa. Proste jak konstrukcja cepa. Ludzie mają więcej pieniędzy, bo nie są im zabierane i marnotrawione przez NFZ, a więc mogą więcej wydać lub zaoszczędzić. Jeżeli więcej wydają, to pobudzają gospodarkę, rośnie produkcja, rośnie zatrudnienie, rosną płace. Jeżeli więcej oszczędzają to np. nie muszą brać kredytu, albo mogą wziąć mniejszy. Wszystko na plus. Ktoś zapewne powie, a co z tymi co się nie ubezpieczą? Ich sprawa. Albo dajemy ludziom wolność wraz ze świadomością tego, że będą musieli ponieść konsekwencje swoich działań, albo prowadzimy ich za rączkę od kołyski aż po grób. Oczywiście jest duża rzesza zwolenników prowadzenia za rączkę, gdyż jak wiadomo, ludzi, których prowadzi się za rączkę jest łatwiej kontrolować. 

Zdaję sobie sprawę, że to o czym piszę to czyste mrzonki, gdyż nie ma w Polsce polityka, który odważyłby się publicznie opowiedzieć za likwidacją obowiązkowego ubezpieczenia zdrowotnego. Innym problemem jest, że nie ma w Polsce, wg mnie, ludzi którzy potrafiliby rządzić, są jedynie tacy, którzy potrafią "politykować". I w tu jest pies pogrzebany, bo żeby coś zmienić, trzeba mieć jaja i trzeba potrafić rządzić, a nie bić pianę i kombinować jak tu wygrać następne wybory. Posługując się cytatem: "Wam kury szczać prowadzić, a nie politykę robić." Niestety ciągle aktualne. 

Może, gdyby znalazł się jakiś polityk, który miałby choć szczątkowe pozostałości kręgosłupa, to może, może próbowałby uwolnić rynek ubezpieczeń. Co także byłoby dobre, bo jak nie od wczoraj wiadomo, tam gdzie jest konkurencja, tam klient (w tym wypadku chory) ma lepiej. Bardzo prosta zasada. Niestety zasada - pomyśl logicznie, zrób na odwrót - ponownie wiedzie prym. 

Skoro mowa o wolnym rynku, wolności i ubezpieczeniach, to nie mogę nie wspomnieć o ZUS. Instytucja równie genialna i wydajna w swych działaniach co NFZ. Moje postulaty są takie same jak w odniesieniu do NFZ. Rozwiązać, znieść obowiązek ubezpieczenia, wprowadzić możliwość wyboru ubezpieczenia. Argumenty takie same jak opisane powyżej, korzyści także. Swoją drogą, to ciekawi mnie nie od wczoraj, dlaczego w naszym kraju zupełnie legalnie funkcjonuje instytucja, która de facto działa na zasadzie piramidy finansowej? 

16 czerwca 2013

Polska walcząca.

Witam. Długo zbierałem się do tego, aby zasiąść przed klawiaturą i napisać tego posta. Dlaczego? Przyczyn jest wiele. Jedną z nich jest to, że znów będę się powtarzał, drugą to, że temat jest w gruncie rzeczy przykry. Chodzi o Polskę i o Nas. 

Z przykrością (dyplomatycznie rzecz ujmując) śledzę kolejne doniesienia prasowe, na podstawie których nie można dość do innego wniosku niż ten, że  nierządem Rzeczpospolita stoi. To także jest bardzo dyplomatyczne ujęcie problemu, bo "macie tu koleżanki niezły burdel" też całkiem dobrze pasuje. Problem jest bardzo złożony, można by rzecz systemowy. Systemowy, bo zaczyna się na samej górze, patrz ogólnie pojęty rząd i instytucje państwowe, a kończy na szarym Kowalskim, Ujmując rzecz zwięźle tu po prostu nic nie działa. Przyczyn jak zwykle jest wiele. Jest jednak coś, co ostatnio bardzo zwróciło moją uwagę. 

Weźmy przypadki, w których giną ludzie, bo nikt nie chce wysłać do nich karetki, albo nie chcą kogoś przyjąć do szpitala, albo zlecić badania na 10 złotych (Ci którzy oglądają wiadomości, wiedzą o jakich przypadkach mowa). Jakiś kozioł ofiarny się zawsze znajdzie, kogoś się odwoła, komuś być może zostaną postawione zarzuty, a potem będzie się szukało sposobu na naprawienie "systemu". Na ulepszenie procedur, ustanowienie nowego prawa, nowych regulacji. I tak dalej. Chyba mało kto dostrzega, że najlepsze prawo i procedury nic tu nie dadzą, bo (przynajmniej wg mnie) nie to jest tu najsłabszym ogniwem. Najsłabszym ogniwem (nie tylko w tych sytuacjach, ale także w wielu innych, kuriozalnych sprawach, w których cierpią ludzie) jest tu człowiek. Żadne procedury nie pomogą jeżeli nie będzie człowieka, który potrafi się wykazać dobrą wolą i rozsądkiem. 

To przede wszystkim ludzie zawiedli. Ludzie, którzy mają wszystko w dupie, ludzie dla których sposobem na życie jest "spychologia" i "tomiwisizm". Niestety, ze smutkiem, można stwierdzić, że jest to ideologia życiowa większości Polaków. Człowieka nie da się "naprawić" procedurami i zmianami prawa. Rzecz jasna ustalenie "odpowiednich" procedur jest o wiele łatwiejsze niż naprawa ludzkiej duszy. Ot taki, prosty jak konstrukcja cepa, dupochron. 

Co by nie mówić, to polska dusza wymaga naprawy, co ja mówię, generalnego remontu. Co chcę przez to powiedzieć? To, że możemy do końca świata i jeden dzień dłużej mówić, że w Polsce jest tak, a nie inaczej ze względu na położenie geopolityczne, historię, plamy na słońcu i złą wilgotność powietrza. Ale to nic nie da, dlatego, że rzeczywistość można zaklinać do woli, a ona i tak pozostanie niewzruszona. Prawda jest taka, że jesteśmy sami sobie winni. To, że w Polsce jest tak, a nie inaczej jest naszą winą. Tego jacy jesteśmy i tego, że nie chcemy się zmienić. Tego, że sami jesteśmy swoim największym wrogiem (nie żebyśmy nie mieli innych) i że nie zanosi się na to, abyśmy mieli zamiar coś z tym fantem zrobić. 

Cytowana przeze mnie w jednym z wcześniejszych postów "Modlitwa Polaka" z filmu "Dzień Świra" zdaje się wyznaczać światopogląd i modus operandi 90% naszego narodu. Aby nie cytować samych filmów powiem za Churchillem "Pozostaje to tajemnicą i tragedią historii że naród [Polacy] gotów do wielkiego heroicznego wysiłku, uzdolniony, waleczny, ujmujący powtarza zastarzałe błędy w każdym prawie przejawie swoich rządów. Wspaniały w buncie i nieszczęściu, haniebny i bezwstydny w triumfie. Najdzielniejszy pośród dzielnych, prowadzony przez najpodlejszych wśród podłych". Część, którą podkreśliłem uważam za najbardziej trafną. Ujmując rzecz mniej poetycko - wszystko potrafimy spierdolić. Tak było kiedyś i tak jest teraz. 

Przykład, który powraca jak zły szeląg (jeden z wielu rzecz jasna) - autostrady. Po raz kolejny, kolejny odcinek drogi A ileś tam nie może być dokończony, bo wykonawca X (kolejny) zbankrutował. Ogłaszamy więc nowy przetarg, wypowiada się p.o. dyrektora GDDKiA i oświadcza, że najważniejszym kryterium będzie cena (kolejny raz) gdyż chodzi o publiczne pieniądze. Dum, dum, dum... Pojęcie uczyć się na własnych błędach w tej szerokości geograficznej nie istnieje. Tu istnieje jedynie pojęcie powtarzania tych samych błędów do usrania. O ile każdy, trzeźwo myślący człowiek widzi, że to droga donikąd, to nikt niczego nie zrobił aby to zmienić - w każdym razie nic mi na ten temat nie wiadomo. 

Czemu tak jest? Ciężko powiedzieć. Moją odpowiedzią jest bliżej nieokreślona, genetyczna choroba duszy, przenoszona rzecz jasna drogą płciową. Lekarzy od dusz chyba nigdy nie brakowało, ale historia pokazuje, że w znakomitej większości byli to szarlatani, teraz chyba nie jest inaczej. To, że duszę jest ciężko uleczyć jest jednym problemem. Drugim jest to, że taki stan rzeczy jest bardzo wielu osobom na rękę. Wszystkim tym, którym pasuje ten mafijno-koteryjny sytem, suto okraszony nepotyzmem z sitwokrajcą na deser. Zresztą co tu dużo mówić, "chorymi" ludźmi o wiele łatwiej kierować. Po co więc szukać leku na tego wirusa, który trawi nasz naród i kraj? Jest z nami od tylu lat. Wyhodowany na własnej piersi i krwawicy, Twój prywatny wróg... Dany Ci w genach, wyssany z mlekiem matki. 

A prościej? Prościej jest tak: koń jaki jest każdy widzi, a to co się dzieje w kraju nad Wisłą wystarczyłoby za scenariusze dla 100 klonów Stanisława Barei. (Rimshot). 

06 stycznia 2013

I jeszcze jeden i jeszcze raz....

Witam w nowym roku. Nie sugerujcie się tytułem posta, nie będzie o libacjach alkoholowych, tylko o rasizmie. Pomimo tego, że obiecywałem sobie nie pisać kolejny raz o tym samym, to kolejny raz nie mogę się powstrzymać. Oto, we Francji wybrano miss i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jest ona biała. Ktoś może się spytać, dlaczego jest to dziwne? A dlatego, że "wybór miss Burgundii jest niezgodny z urodą typową dla dzisiejszej Francji" i "odmawia istnienia francuskich obywateli afrykańskiego pochodzenia". Dobre, nieprawdaż? A więc, jako, że Francji i w jej zamorskich terytoriach żyje wielu czarnych, no to jeżeli na miss zostanie wybrana biała dziewcznyna to będzie to rasizm i wybór polityczny. Jeśli zaś czarna, to już na pewno nie. Proste prawda? Proste, gdyż jest to mechanizm, który zawsze działa tak samo. Na początku o coś chodzi, wolność, walkę z dyskryminacją itd. itp. Jak już nie ma dyskryminacji itd. to pozostają 2 opcje. Wykorzystanie tzw. "karty", którą się gra (może być to karta rasowa, etniczna, płciowa - nie ma to znaczenia) do tego, aby zdobyć w łatwy sposób wpływy, a co za tym idzie pieniądze. Dosyć ludzkie - każdy lubi się nachapać. Pozostaje jednak jeszcze jedna opcja. Doprowadzić daną ideę do granic absurdu. 

W konkursie piękność - czyli w wielce subiektywnym wyborze "najładniejszej" dziewczyny wygrywa ta biała, a skoro startowały też czarne, to sprawa jest jasna - rasizm. Na pewno na backstage czeka KKK. Niech wybiorą czarną, ale co jeśli wtedy organizacje reprezentujące żółtych powiedzą, że to też rasizm? Czy wtedy to już nie rasizm? Sam już nie wiem, trochę gubię w meandrach politycznej poprawności, czy cholera już wie czego. Jest jeszcze jedna kwestia, o której należy wspomnieć, być może Rada Organizacji ds. Czarnych nie wzięła pod uwagę jednego czynnika. Może w wyborze miss to nie kolor skóry miał kluczowe znaczenie. Może była to jakiś inny ukryty talent, który niekoniecznie musi być zależny od koloru skóry? No, ale to tylko moje domniemania. 

Na koniec pozwolę sobie zacytować komentarz do tego newsa:
"Rasizm wymyślili biali.
Teraz kolorowi pokażą białym jak trzeba go udoskonalić"!  
 

26 listopada 2012

Originals In Music.

Zapraszam na nowy cykl (jeśli starczy czasu), czyli małą, muzyczną podróż w czasie. Wszystko już było, w muzyce także, więc wiele z rzeczy, które można usłyszeć to albo przeróbki, albo kawałki, w których użyto sample z innych kawałków, a jeszcze potem ktoś zrobił tego cover... 

Dziś Cameo i Word Up.

Najpierw temat filmowy, który posłużył za inspirację do kawałka Cameo. Ennio Morricone - The Good, The Bad and The Ugly,1967.



Teraz Cameo - Word Up, 1986.



Kool Moe Dee - Wild Wild West, 1987. 

 

Chunky A - Owwwww! 1989. 



Gun - Word Up, 1994. 



Mel-B - Word Up, 1999. 



Das Bo - Turlich, Turlich, 2000. 

 

Korn - Word Up, 2004.



Jan Delay & Disko No. 1 - Turlich, Turlich, 2007. 



Freestylers - Push Up Word Up, 2008. 

  

13 listopada 2012

Soul Food.

Dziś Foreign Beggars i kawałek pt. Contact, za podkład odpowiedzialny jest duet Noisia, więc będzie mrocznie i dubstepowo. Kawałek z niezła dawką energii i tak zwanym pierdolnięciem, enjoy!!!

12 listopada 2012

Prawo i bezprawie.

Dziś mały wywód o prawie, a może raczej o bezprawiu, gdyż będzie on dotyczył Polski. Od jakiegoś czasu bardzo dużo słychać w mediach o fotoradarach. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że fotoradary stały się jednym z nowych tematów dyżurnych, po które można łatwo i szybko sięgnąć, zbytnio się nie wysilać i wzbudzić spore zainteresowanie. O ile newsy o radarach same w sobie nie są specjalnie ciekawe, to jak to często bywa odzew w postaci komentarzy zamieszczanych w internecie, to już coś zgoła innego. Właśnie te komentarze, choć także ton w jakim utrzymane jest wiele z tych z newsów skłoniło mnie do pewnej refleksji. Rzecz jasna nie odkryłem ameryki, ani też nie wynalazłem koła po raz kolejny, nic z tych rzeczy! 

Refleksja jest dosyć banalna - Polacy mają w bardzo głębokim poważaniu prawo. Zrozumiałym jest, że mandatów płacić nikt nie lubi. Faktem jest, że cześć z tych urządzeń wcale nie ma na celu poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego. Niemniej jednak, w mojej ocenie, nie usprawiedliwia to alergicznej wręcz reakcji społeczeństwa na zwiększenie ilośći fotoradarów oraz innych automatycznych systemów mających na celu wykrywanie wykroczeń w ruchu drogowym. Część newsów i chyba 90% komentarzy utrzymana jest w tonie "kierowcy znów zostaną ograbieni", "zróbcie lepsze drogi", "ograniczenia prędkości są bez sensu", i tak dalej. Wiadomo o co chodzi. Można mieć wrażenie, że rząd grabi lud, w tym kierowców - owszem, zawsze tak było, władca w ten lub inny sposób "grabił" lud. W zamian zapewniał coś co możemy nazwać strukturami państwa. System ten z pewnymi modyfikacjami i mutacjami regionalnymi działa od lat i zapewne jeszcze dużo wody upłynie zanim się zmieni. To, polski rząd "grabi", a w zamian zapewnia, hmm, pozory struktur państwowych, jest już inną bajką i innym problemem. 

Powróćmy do tematu. Fotoradary są złe, jest ich za dużo, kierowcy są biedni. W wielkim skrócie tak to wygląda. Czy jednak tylko o biednych kierowców tu chodzi? Czy też może o coś więcej. Osobiście traktuję alergię na fotoradary jako jaskrawy przykład, genetycznej chyba, niechęci przeciętnego Polaka do prawa oraz kompletnego braku postaw prolegalistycznych. Przyczyny tego stanu rzeczy z pewnością mogłyby stanowić temat niejednego dezyderatu o tematyce społeczno-socjologiczno-historycznej. Skupmy się jednak na faktach, Kowalski w dupie ma prawo, bo przecież nie będzie mu nikt mowił z jaką prędkością ma jechać, a już ktoś mu da za to mandat to jest "be", no bo przecież żaden z niego bandziorno, po prostu sobie pomykał nieco szybciej, a to nikomu nie szkodzi. Kowalski chce mieć ciasto i zjeść ciasto, co więcej jak Kowalski ukradnie krowę... 
A tak, bo właśnie ta pokrętna logika, prowadzi do tego, że Kowalski wybiera sobie jakich przepisów ewentulanie raczy przestrzegać, a jakie można olać. Rzecz jasna przestrzeganie przepisów ruchu drogowego jest w praktyce dla Kowalskskiego nieco bardziej upierdliwe niż "nie kradnij" - choć i z tym bywa różnie. Faktem również jest, że rajd ulicami może kosztować wiele, może również skończyć się utratą uprawnień - nie zmienia to faktu, że ludzie jeżdżący zgodnie z przepisami nie mają powodów do obaw. Na co oburza się Kowalski? Na to, że będzie musiał jechać tyle ile nakazano! Bo sprzęt coraz lepszy i od tyłu zjęcie też zrobi! Bo wyłapie przejazd na czerwonym świetle! O niedobry rząd, niedobra Policja! Nie będę mógł bezkarnie śmigać na czerwonym! Ograbią mnie! Ludzie, to jest przecież jakaś paranoja! Tak jak już wiele razy wspomniałem z taką postawą ten kraj nigdy się nie podniesie. Nigdy! Typowo polskie, złapią za rękę, mów, że nie Twoja! Ten co przestrzega prawa i nie cwaniakuje to frajer!

Pojawiaja się również wiele głosów mówiacych o wielkim bracie i państwie policyjnym. Do tego raczej nam daleko, ale to by raczej wyszło na zdrowie, bo tu się inaczej nie da. Kowalski ma już taką naturę, że musi nad sobą mieć bat i tyle. Spójrzmy prawdzie w oczy, jesteśmy narodem, który musi być trzymany bardzo krótko. Efekty poluźnienia smyczy widać gołym okiem. 

Reasumując - nie tylko powinno być więcej fotoradarów, za każdym winklem powinien być Policjant i 5 kamer. Policjant ten powinien nie tylko wypisywać mandaty za każde, nawet drobne wykroczenie, ale jeszcze napierdalać pałą, tak jak było drzewiej, bo niestety po tej stronie lustra inaczej porządku się nie zaprowadzi. Ktoś się spyta po co 5 kamer? Żeby można było nadzorować, czy dobrze napierdala!

14 października 2012

I'm not trying to save the world I'd rather watch it die slow.

Witam po przerwie. Tyle się dookoła dzieje, zarówno w kraju jak i na świecie, a blog świeci pustkami. Jaka jest tego przyczyna? Tym razem nie jest to reakcja obronna, o której  wspominałem wcześniej, tym razem to coś innego. Po części jest to fakt, że tak naprawdę poza pogodą niewiele się zmienia. Zmienia się forma, treść niezupełnie. Zmieniają się ludzie, twarze, zmieniają się maski i powody, dla których się nienawidzimy i oddajemy ulubionej rozrywce gatunku ludzkiego jaką jest autodestrukcja. Na deskach tego wielkiego teatru zmieniają się aktorzy, reżyserzy i dekoracje, samo przedstawienie już nie. Show must go on. I tak też się dzieje. I lokalnie i globalnie. Nie chce mi się po raz setny komentować tego samego w innym wykonaniu, zwłaszcza, że komentarz byłby prawdopodobnie taki sam, bądź bardzo podobny do poprzedniego lub poprzednich. Być może doświadczam czegoś w rodzaju wypalenia. Wiele rzeczy nie rozbudza już moich emocji tak jak kiedyś, w każdym razie nie na tyle aby je komentować. Zwłaszcza, że komentarz ten byłby zapewne nawiązaniem do "apteczki", czyli do starych i sprawdzonych rozwiązań. Myślę, że zarówno czytelnicy tego bloga jak i Ci co mnie znają (mam dziwne przeczucie, że jedne i te same osoby) wiedzą co mam na myśli. 

Powyższe nie oznacza jednak, że nie skomentuję bieżącej sytuacji w naszym kraju. Nie będę się zbytnio rozwodził, sądzę, że każdy zdolny do samodzielnego myślenia i postrzegania świata (jak się nad tym chwilę zastanowić, to raczej małe grono) widzi co się dzieje od Bałtyku aż po Tatry. Co zrobić, aby Polska była normalna? (Wiem, że narażam się śmieszność zadając te pytanie) Mam pewien pomysł. Jest on rzecz jasna nieco radykalny i z pewnością nie spotka się z entuzjastycznym przyjęciem. Jak to u mnie zazwyczaj bywa jego konstrukcja jest tak samo prosta jak konstrukcja cepa - nadal jestem zwolennikiem teorii, która mówi, że proste rozwiązania są najlepsze. A więc co trzeba zrobić? Spalić wszystko do gołej ziemi, zasiać trawę, poczekać z jakieś 100 lat, ponownie spalić wszystko do gołej ziemi, usiąść spokojnie w kącie i zastanowić się co dalej. Nie wiem jak Wy, ale ja nie widzę innych rozwiązań. Rzecz jasna nie mówię tu o rozwiązaniach serwowanych przez kolejne ekipy rządzące, które w mojej ocenie nie odróżniają własnej dupy od łokcia, nieistotne, z której strony sceny politycznej się wywodzą. 

W mojej ocenie trzeba zmienić mentalność całego narodu, co rzecz jasna jest rzeczą arcytrudną w ogóle, w polskim wydaniu wręcz graniczącą z niemożliwością. Ktoś powie, że dramatyzuję. Powiem krótko, mam dziwne przeczucie, że gdyby Bareja żył, lub gdyby go sklonować, to ciągle miałby pełne ręce roboty. Swoją drogą o ile nie popieram pomysłu klonowania ludzi, to dla Bareji jestem skłonny zrobić wyjątek. Co rozumiem przez Polską mentalność? Odsyłam do modlitwy Polaka z filmu "Dzień Świra". Do codziennej egzystencji po drugiej stronie lustra, kraju absurdów, gdzie wszyscy chcieliby zjeść ciasto i mieć ciasto. Do kraju sitw, koterii, układów, układzików, korupcji, nonsensu, dziedzicznych zawodów i ludzi, którzy mają wrodzony talent do strzelania sobie w stopę. Można by tak długo... ale po co? To już było...

11 czerwca 2012

Soul food.

Dziś zapraszam do zapoznania się z nowym teledyskiem amerykańskiego rapera El-P, pt. The Full Retard. Postać, która w pewnych kręgach nie wymaga przedstawienia, jeden z tych artystów, którzy są klasą samą w sobie. Parafrazując Dalego, różnica pomiędzy undergroundem, a El-P jest taka, że El-P jest undergroundem. O ile jestem świadom tego, że muzyka, którą tworzy El nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych, to z całą pewnością jest godna polecenia. Jej siła jest to, że albo się ją pokocha albo znienawidzi. Muszę ostrzec tych, którym się spodoba, będzie wiercić wam dziurę w mózgu dopóki nie przebije się na wylot i nie roztrzaska wam "systemu" na drobne kawałki :)

El-P - The Full Retard, czyli wiewiórki na koksie. 

08 lutego 2012

Zielono mi.

Witam po przerwie i zapraszam na kilka radosnych refleksji na temat naszej radosnej rzeczywistości. 

Refleksje te będą utrzymane w klimacie tytułu posta. Dlaczego? Dlatego, że patrząc na to co się dzieje w naszym kraju oraz słuchając wypowiedzi niektórych ludzi po prostu tak już musi być. Inny stan mógłby okazać się tragiczny w skutkach - czytaj zbyt poważne podejście do sytuacji.  

Ale do rzeczy. Myślę, że nie tylko mi jest zielono, zielono musi być także wielu innym ludziom. Przede wszystkim tym, którzy myślą podobnie jak ja oraz, co już wcześniej sygnalizowałem, tym z powodu których mi jest zielono. Z tą małą różnicą, że ludzie, o których mowa mają dostęp do tego "good shit" i dlatego im zielono. Mi jest zielono w ramach naturalnej reakcji obronnej, tym razem innej niż odruch wymiotny i wyłączenie większości zmysłów oraz wiadomości. Zielono mi głównie dlatego, że jeśli wierzyć mediom oraz przedstawicielom naszego rządu to nadal żyjemy na zielonej wyspie otoczonej przez wszechobecny kryzys. Tak. To nie wszystko, tylko my jesteśmy się w stanie mu oprzeć i w ogóle jest super, tak jak śpiewał Muniek - "mamy super rząd i ekstra prezydenta". Choć śpiewał o innym rządzie, to dla mnie przekaz tej piosenki pozostaje aktualny. Powtarzam, bzdurą jest wmawianie ludziom w Polsce, że nie ma u nas kryzysu, gdyż kryzys nie opuszcza nas od kilku ładnych stuleci. Co być może jest wytłumaczeniem dlaczego niektórym się wydaje, że nas ominął, bądź nie do nas nie przyszedł. Jak się "kogoś" zna tak długo to można przestać zwracać na niego uwagę.

W ramach zielonej propagandy huraoptymizmu stara nam się wmówić, głównie za pomocą magicznych cyferek zwanych również statystyką, że w Polsce żyje się coraz lepiej. Być może na papierze, bo moje spostrzeżenia tego absolutnie nie potwierdzają. Myślę, że bardzo nie skłamię jeśli powiem, że pracuję z ludźmi, różnymi ludźmi, od których można się wiele dowiedzieć i wierzcie mi w większości przypadków nie są to wiadomości, które nastrajały by optymistycznie. Rzecz jasna trzeba wziąć małą poprawkę na nasze polskie, genetyczne umiłowanie do biadolenia i narzekania, niemniej jednak, kolorowo nie jest. Bezrobocie jest wysokie, zwłaszcza wśród ludzi młodych i starszych, czyli tych grup, którym z przyczyn obiektywnych ciężko jest o pracę. Nadal w dużej mierze nie wykształcenie i umiejętności decydują o dobrej pracy ale właściwe nazwisko, to kto z kim pije wódkę i kto komu daje dupy - niekoniecznie w tej kolejności. Koszty życia są coraz wyższe, płace stoją w miejscu, choć jest to małe przekłamanie. One nie stoją w miejscu, tylko się "cofają", bo pomimo tego, że "rosną", to można za nie kupić coraz mniej. Wymieniać można długo, sądzę, że każdy obdarzonym pewną dozą intelektu oraz niedotknięty autyzmem lub propagandą widzi co się dzieje wokół i wie w czym rzecz. 

Rzecz jasna są całe masy tych bez intelektu i zdolności samodzielnego postrzegania rzeczywistości i coś mi podpowiada, że to właśnie te masy są głównym celem propagandy sukcesu, w którą z uporem maniaka bawi się nasz rząd. Nie zmienia to faktu, że nóż otwiera mi się w kieszeni, gdy słyszę kolejne brednie na temat tego jak to się żyje w Polsce. Brednie zawsze poparte liczbami i głosami ekspertów, bo rzecz jasna, żaden materiał prasowy i propagandowy nie może obejść się bez 2 słów od nadwornego, podręcznego eksperta. Szkoda tylko, że ich wypowiedzi w większości wypadków są wyrwane z kontekstu. Nie mam w tym momencie na myśli poprawki edycyjne materiału, tylko kontekst ogólny, tak zwany "big picture". Ceny paliw rosną, w tv pojawia się ktoś, kto mówi, że ma co narzekać, bo przecież takie ceny są całej UE, albo trochę wyższe, więc należy się cieszyć. Wszystko fajnie, ale przecież w UE zarobki są inne niż w PL. Hello! Sprawa dosyć oczywista. Widać nie dla każdego. 

1984 forever. Bez ministerstwa prawdy ani rusz. 

Na koniec tych luźnych, zielonych refleksji mały komentarz odnośnie dróg na euro 2012. Nie zostaną one ukończone na czas (wszystkie) - a to niespodzianka! Bez obaw, nasz dzielny, "zielony" rząd potrafi wykazać się niezwykłą pomysłowością, przez którą to moje podejrzenia o dostęp do jakiegoś genetycznie modyfikowanego super-zielska w kuluarach na wiejskiej stają się coraz większe. Stworzony został projekt poprawek do spec-drogowej spec-ustawy. Należy dodać, że ów projekt jest bardzo spec. Zgodnie z nim będzie można oddać do użytku drogę nieukończoną, tym prostym sposobem drogi będą i ich nie będzie, ale będą. Rzecz jasna ministerstwo problemów żadnych nie widzi - potrafią skubańcy trzymać w płucach - nie ma co! 

Reasumując - wszędzie tak zielono - że mi też zielono. 

Zachęcam do komentowania i refleksji na temat naszej, zielonej, polskiej rzeczywistość. Bardzo gorąco zachęcam do wypowiedzi tych, którym jest autentycznie dobrze, a ich zarobki odpowiadają tym ze statystyk, bądź też publikacji prasowych. Bo rzecz jasna ja jestem malkontentem i mi się nic podoba. Wypowiadajcie się więc! Ci, którzy żyjecie na zielonej wyspie w Europie środkowej! Jeszcze jedno - chciałbym zarabiać tyle ile twierdzi jedna z gazet. Muszę się zainteresować sprawą, bo jakby na to nie patrzeć nie zarabiam tyle, a że nie chodzi o 10 złotych, to chyba warto się zainteresować tym gdzie te pieniądze się podziały. Aha, Szpila, tu ukłon w Twoją stronę, wg tej gazety, Ty też zarabiasz nieco więcej niż zarabiasz - zarobasie!

02 października 2011

Soul food.

Jan Delay i Oh Jonny. Niewiarygodnie bujający kawałek w klimacie funk-disco z płyty "Wir Kinder vom Bahnhof Soul". 

11 września 2011

Soul Food

Ponownie niezastąpiony Ten Typ Mes i "Zanim znajdziemy". Potężna audiowizualna dawka emocji i jak to zwykle bywa w przypadku Mesa nietuzinkowy tekst.

24 sierpnia 2011

Apteczka raz jeszcze.

Jeżeli komuś ciągle się wydaje, że nie należy powrócić do pewnych starych, dobrych i sprawdzonych metod karania za pewne czyny, polecam lekturę tego newsa. Facet skatował na śmierć swoją 2 letnią córkę, bo płakała... Co z takim jegomościem począć? Sprawa jest prosta, patrz obrazek obok, vide Azja Tuhajbej bis. Wiem, że się powtarzam, ale każdy rynek powinien mieć kilka palików zarezerwowanych dla zwyrodnialców tego typu. Tym samym uzupełniam apteczkę o lek, który już dawno powinien w niej "oficjalnie" figurować. Ilustracja ciągle nienajlepsza, ale niestety z powodu zarzucenia tej metody leczenia, ciężko mi znaleźć odpowiednią. 

14 sierpnia 2011

Soul food.



Kolejna dawka rapu, tym razem z ostatniej płyty Mesa. Dla tych, którzy lubią nieco "odważniejsze" teksty ;)

Sen o Warszawie.

Witam po przerwie. Jako, że była on dość długa wydaje mi się, że winien jestem Wam kilka słów wyjaśnienia. Złożyły się na nią dwa czynniki, pierwszy, dosyć prozaiczny, mianowicie brak czasu. Drugi w gruncie rzeczy także prozaiczny - naturalna reakcja obronna. Mój umysł, czy też mózg - jeśli kto woli, rozwinął pewien system obronny (chwała mu za to), który chroni go i mnie zarazem przed zalewem łajna, którym jesteśmy bombardowani z każdej strony. Jego działanie jest banalne jak konstrukcja cepa, a zarazem pieruńsko skuteczne. System działa dwufazowo. Pierwsza faza to odruch wymiotny (o którym już nie raz wspominałem), który uaktywnia się przy pewnym poziomie łajna. Dzięki temu prostemu mechanizmowi przestaję oglądać wiadomości, czytać gazety itd. Niestety jednak w dzisiejszych czasach ciężko jest się odciąć od napływu informacji i tym samym ulżyć sobie w cierpieniu. Wtedy aktywuje się zapasowy mechanizm obronny, który dla potrzeb własnych nazwałem DON'T CARE. Zasady działania wspomnianego wcześniej mechanizmu chyba nie muszę nikomu wyjaśniać.

Tyle tytułem wstępu. Dziś chciałbym się podzielić z Wami kilkoma spostrzeżeniami na temat stolicy naszego kraju. Koleje życia ponownie skierowały mnie do grodu nad Wisłą, tym razem jednak miałem nieco więcej czasu na zwiedzanie i tego typu rozrywki. Cóż mogę powiedzieć? Po pierwsze to, że nie jest to miejsce, w którym chciałbym zamieszkać na stałe. Po drugie, to że jest ono przykrym aczkolwiek bardzo dobrym obrazem stanu polskiej myśli urbanistycznej. Muszę się poprawić. Bezmyślności czy też jak kto woli bezplanu. Właśnie tak w kilku słowach można określić to co się wyprawia w Warszawie w odniesieniu do tego co, gdzie i jak się buduje. Warszawa o ile w tej kwestii jest przykładem wyrazistym, to niestety nie jest na skalę naszego kraju wyjątkiem. Smutna prawda wygląda tak, że nasza (bez)myśl architektoniczna leży i kwiczy. Co jest powodem tego stanu rzeczy - nie wiem i chyba nawet nie mam ochoty dochodzić. Faktem jest, że jak kraj długi i szeroki budynki "użyteczności publicznej" nadal budowane są w sposób nieuwzględniający tego, że petenci poruszają się samochodami i miło by było gdyby mieli możliwość zaparkowania auta możliwie blisko urzędu, do którego się udają. Parkingi, owszem można uświadczyć, niestety jednak są one najczęściej przeznaczone jedynie dla wybranych - czytaj pracowników. Być może niedługo w polskich miastach pojawi się nowa kampania outdoorowa pt. petencie ułatw sobie życie przyjdź do urzędu piechotą! Same plusy, mniejszy ruch na drodze, mniejsze zanieczyszczenie środowiska, ludzie zaznają więcej ruchu! Drugą rzeczą jest tak zwana architektura nowoczesna - czytaj szklano-stalowe kloce noszące miano biurowców bezwstydnie i bezmyślnie wciskane wszędzie tam gdzie znajdzie się miejsce. Chyba każdy wie o czym mowa i chyba każdy, kto został obdarzony choćby elementarnym poczuciem estetyki wie, że zazwyczaj pasują one do zastanej architektury jak pięść do nosa. Obraz nędzy i rozpaczy uzupełniają zazwyczaj "apartamentowce", bądź nowa generacja bloków, chyba już nie z wielkiej płyty jednakże w moim odczuciu tak samo, a czasem nawet szpetniejszych od tych z czasów Gierka. Jeżeli dodać do tego poziom rekonstrukcji architektury dawnej (nad którym nie będę się rozwodził, gdyż nie czuję się do tego uprawniony z racji braku kwalifikacji - zainteresowanych tematem odsyłam do literatury fachowej), który pozostawia sobie wiele do życzenia mamy pełen obraz nędzy i rozpaczy. Kolejny raz muszę z przykrością stwierdzić, że jest nasz rodzimy constans, który nie odbiega od innych dziedzin życia i ludzkiej aktywności w kraju nad Wisłą.

Tobie to się nic nie podoba! Tak, wiem moi mili i już chyba nic na to nie poradzę, ten model tak ma! 
Aby udowodnić, że nie jest to do końca prawdą, pragnę gorąco polecić wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Każdy zainteresowany tą tematyką powinien się tam wybrać. Muzeum prezentuje naprawdę wysoki poziom i jest "zrobione z głową" co jest miłym odstępstwem od wspomnianego wcześniej constans panującego w Polsce.