Dziś Foreign Beggars i kawałek pt. Contact, za podkład odpowiedzialny jest duet Noisia, więc będzie mrocznie i dubstepowo. Kawałek z niezła dawką energii i tak zwanym pierdolnięciem, enjoy!!!
13 listopada 2012
12 listopada 2012
Prawo i bezprawie.
Dziś mały wywód o prawie, a może raczej o bezprawiu, gdyż będzie on dotyczył Polski. Od jakiegoś czasu bardzo dużo słychać w mediach o fotoradarach. Zaryzykowałbym nawet stwierdzenie, że fotoradary stały się jednym z nowych tematów dyżurnych, po które można łatwo i szybko sięgnąć, zbytnio się nie wysilać i wzbudzić spore zainteresowanie. O ile newsy o radarach same w sobie nie są specjalnie ciekawe, to jak to często bywa odzew w postaci komentarzy zamieszczanych w internecie, to już coś zgoła innego. Właśnie te komentarze, choć także ton w jakim utrzymane jest wiele z tych z newsów skłoniło mnie do pewnej refleksji. Rzecz jasna nie odkryłem ameryki, ani też nie wynalazłem koła po raz kolejny, nic z tych rzeczy!
Refleksja jest dosyć banalna - Polacy mają w bardzo głębokim poważaniu prawo. Zrozumiałym jest, że mandatów płacić nikt nie lubi. Faktem jest, że cześć z tych urządzeń wcale nie ma na celu poprawy bezpieczeństwa ruchu drogowego. Niemniej jednak, w mojej ocenie, nie usprawiedliwia to alergicznej wręcz reakcji społeczeństwa na zwiększenie ilośći fotoradarów oraz innych automatycznych systemów mających na celu wykrywanie wykroczeń w ruchu drogowym. Część newsów i chyba 90% komentarzy utrzymana jest w tonie "kierowcy znów zostaną ograbieni", "zróbcie lepsze drogi", "ograniczenia prędkości są bez sensu", i tak dalej. Wiadomo o co chodzi. Można mieć wrażenie, że rząd grabi lud, w tym kierowców - owszem, zawsze tak było, władca w ten lub inny sposób "grabił" lud. W zamian zapewniał coś co możemy nazwać strukturami państwa. System ten z pewnymi modyfikacjami i mutacjami regionalnymi działa od lat i zapewne jeszcze dużo wody upłynie zanim się zmieni. To, polski rząd "grabi", a w zamian zapewnia, hmm, pozory struktur państwowych, jest już inną bajką i innym problemem.
Powróćmy do tematu. Fotoradary są złe, jest ich za dużo, kierowcy są biedni. W wielkim skrócie tak to wygląda. Czy jednak tylko o biednych kierowców tu chodzi? Czy też może o coś więcej. Osobiście traktuję alergię na fotoradary jako jaskrawy przykład, genetycznej chyba, niechęci przeciętnego Polaka do prawa oraz kompletnego braku postaw prolegalistycznych. Przyczyny tego stanu rzeczy z pewnością mogłyby stanowić temat niejednego dezyderatu o tematyce społeczno-socjologiczno-historycznej. Skupmy się jednak na faktach, Kowalski w dupie ma prawo, bo przecież nie będzie mu nikt mowił z jaką prędkością ma jechać, a już ktoś mu da za to mandat to jest "be", no bo przecież żaden z niego bandziorno, po prostu sobie pomykał nieco szybciej, a to nikomu nie szkodzi. Kowalski chce mieć ciasto i zjeść ciasto, co więcej jak Kowalski ukradnie krowę...
A tak, bo właśnie ta pokrętna logika, prowadzi do tego, że Kowalski wybiera sobie jakich przepisów ewentulanie raczy przestrzegać, a jakie można olać. Rzecz jasna przestrzeganie przepisów ruchu drogowego jest w praktyce dla Kowalskskiego nieco bardziej upierdliwe niż "nie kradnij" - choć i z tym bywa różnie. Faktem również jest, że rajd ulicami może kosztować wiele, może również skończyć się utratą uprawnień - nie zmienia to faktu, że ludzie jeżdżący zgodnie z przepisami nie mają powodów do obaw. Na co oburza się Kowalski? Na to, że będzie musiał jechać tyle ile nakazano! Bo sprzęt coraz lepszy i od tyłu zjęcie też zrobi! Bo wyłapie przejazd na czerwonym świetle! O niedobry rząd, niedobra Policja! Nie będę mógł bezkarnie śmigać na czerwonym! Ograbią mnie! Ludzie, to jest przecież jakaś paranoja! Tak jak już wiele razy wspomniałem z taką postawą ten kraj nigdy się nie podniesie. Nigdy! Typowo polskie, złapią za rękę, mów, że nie Twoja! Ten co przestrzega prawa i nie cwaniakuje to frajer!
Pojawiaja się również wiele głosów mówiacych o wielkim bracie i państwie policyjnym. Do tego raczej nam daleko, ale to by raczej wyszło na zdrowie, bo tu się inaczej nie da. Kowalski ma już taką naturę, że musi nad sobą mieć bat i tyle. Spójrzmy prawdzie w oczy, jesteśmy narodem, który musi być trzymany bardzo krótko. Efekty poluźnienia smyczy widać gołym okiem.
Reasumując - nie tylko powinno być więcej fotoradarów, za każdym winklem powinien być Policjant i 5 kamer. Policjant ten powinien nie tylko wypisywać mandaty za każde, nawet drobne wykroczenie, ale jeszcze napierdalać pałą, tak jak było drzewiej, bo niestety po tej stronie lustra inaczej porządku się nie zaprowadzi. Ktoś się spyta po co 5 kamer? Żeby można było nadzorować, czy dobrze napierdala!
14 października 2012
I'm not trying to save the world I'd rather watch it die slow.
Witam po przerwie. Tyle się dookoła dzieje, zarówno w kraju jak i na świecie, a blog świeci pustkami. Jaka jest tego przyczyna? Tym razem nie jest to reakcja obronna, o której wspominałem wcześniej, tym razem to coś innego. Po części jest to fakt, że tak naprawdę poza pogodą niewiele się zmienia. Zmienia się forma, treść niezupełnie. Zmieniają się ludzie, twarze, zmieniają się maski i powody, dla których się nienawidzimy i oddajemy ulubionej rozrywce gatunku ludzkiego jaką jest autodestrukcja. Na deskach tego wielkiego teatru zmieniają się aktorzy, reżyserzy i dekoracje, samo przedstawienie już nie. Show must go on. I tak też się dzieje. I lokalnie i globalnie. Nie chce mi się po raz setny komentować tego samego w innym wykonaniu, zwłaszcza, że komentarz byłby prawdopodobnie taki sam, bądź bardzo podobny do poprzedniego lub poprzednich. Być może doświadczam czegoś w rodzaju wypalenia. Wiele rzeczy nie rozbudza już moich emocji tak jak kiedyś, w każdym razie nie na tyle aby je komentować. Zwłaszcza, że komentarz ten byłby zapewne nawiązaniem do "apteczki", czyli do starych i sprawdzonych rozwiązań. Myślę, że zarówno czytelnicy tego bloga jak i Ci co mnie znają (mam dziwne przeczucie, że jedne i te same osoby) wiedzą co mam na myśli.
Powyższe nie oznacza jednak, że nie skomentuję bieżącej sytuacji w naszym kraju. Nie będę się zbytnio rozwodził, sądzę, że każdy zdolny do samodzielnego myślenia i postrzegania świata (jak się nad tym chwilę zastanowić, to raczej małe grono) widzi co się dzieje od Bałtyku aż po Tatry. Co zrobić, aby Polska była normalna? (Wiem, że narażam się śmieszność zadając te pytanie) Mam pewien pomysł. Jest on rzecz jasna nieco radykalny i z pewnością nie spotka się z entuzjastycznym przyjęciem. Jak to u mnie zazwyczaj bywa jego konstrukcja jest tak samo prosta jak konstrukcja cepa - nadal jestem zwolennikiem teorii, która mówi, że proste rozwiązania są najlepsze. A więc co trzeba zrobić? Spalić wszystko do gołej ziemi, zasiać trawę, poczekać z jakieś 100 lat, ponownie spalić wszystko do gołej ziemi, usiąść spokojnie w kącie i zastanowić się co dalej. Nie wiem jak Wy, ale ja nie widzę innych rozwiązań. Rzecz jasna nie mówię tu o rozwiązaniach serwowanych przez kolejne ekipy rządzące, które w mojej ocenie nie odróżniają własnej dupy od łokcia, nieistotne, z której strony sceny politycznej się wywodzą.
W mojej ocenie trzeba zmienić mentalność całego narodu, co rzecz jasna jest rzeczą arcytrudną w ogóle, w polskim wydaniu wręcz graniczącą z niemożliwością. Ktoś powie, że dramatyzuję. Powiem krótko, mam dziwne przeczucie, że gdyby Bareja żył, lub gdyby go sklonować, to ciągle miałby pełne ręce roboty. Swoją drogą o ile nie popieram pomysłu klonowania ludzi, to dla Bareji jestem skłonny zrobić wyjątek. Co rozumiem przez Polską mentalność? Odsyłam do modlitwy Polaka z filmu "Dzień Świra". Do codziennej egzystencji po drugiej stronie lustra, kraju absurdów, gdzie wszyscy chcieliby zjeść ciasto i mieć ciasto. Do kraju sitw, koterii, układów, układzików, korupcji, nonsensu, dziedzicznych zawodów i ludzi, którzy mają wrodzony talent do strzelania sobie w stopę. Można by tak długo... ale po co? To już było...
11 czerwca 2012
Soul food.
Dziś zapraszam do zapoznania się z nowym teledyskiem amerykańskiego rapera El-P, pt. The Full Retard. Postać, która w pewnych kręgach nie wymaga przedstawienia, jeden z tych artystów, którzy są klasą samą w sobie. Parafrazując Dalego, różnica pomiędzy undergroundem, a El-P jest taka, że El-P jest undergroundem. O ile jestem świadom tego, że muzyka, którą tworzy El nie należy do lekkich, łatwych i przyjemnych, to z całą pewnością jest godna polecenia. Jej siła jest to, że albo się ją pokocha albo znienawidzi. Muszę ostrzec tych, którym się spodoba, będzie wiercić wam dziurę w mózgu dopóki nie przebije się na wylot i nie roztrzaska wam "systemu" na drobne kawałki :)
El-P - The Full Retard, czyli wiewiórki na koksie.
08 lutego 2012
Zielono mi.
Witam po przerwie i zapraszam na kilka radosnych refleksji na temat naszej radosnej rzeczywistości.
Refleksje te będą utrzymane w klimacie tytułu posta. Dlaczego? Dlatego, że patrząc na to co się dzieje w naszym kraju oraz słuchając wypowiedzi niektórych ludzi po prostu tak już musi być. Inny stan mógłby okazać się tragiczny w skutkach - czytaj zbyt poważne podejście do sytuacji.
Ale do rzeczy. Myślę, że nie tylko mi jest zielono, zielono musi być także wielu innym ludziom. Przede wszystkim tym, którzy myślą podobnie jak ja oraz, co już wcześniej sygnalizowałem, tym z powodu których mi jest zielono. Z tą małą różnicą, że ludzie, o których mowa mają dostęp do tego "good shit" i dlatego im zielono. Mi jest zielono w ramach naturalnej reakcji obronnej, tym razem innej niż odruch wymiotny i wyłączenie większości zmysłów oraz wiadomości. Zielono mi głównie dlatego, że jeśli wierzyć mediom oraz przedstawicielom naszego rządu to nadal żyjemy na zielonej wyspie otoczonej przez wszechobecny kryzys. Tak. To nie wszystko, tylko my jesteśmy się w stanie mu oprzeć i w ogóle jest super, tak jak śpiewał Muniek - "mamy super rząd i ekstra prezydenta". Choć śpiewał o innym rządzie, to dla mnie przekaz tej piosenki pozostaje aktualny. Powtarzam, bzdurą jest wmawianie ludziom w Polsce, że nie ma u nas kryzysu, gdyż kryzys nie opuszcza nas od kilku ładnych stuleci. Co być może jest wytłumaczeniem dlaczego niektórym się wydaje, że nas ominął, bądź nie do nas nie przyszedł. Jak się "kogoś" zna tak długo to można przestać zwracać na niego uwagę.
W ramach zielonej propagandy huraoptymizmu stara nam się wmówić, głównie za pomocą magicznych cyferek zwanych również statystyką, że w Polsce żyje się coraz lepiej. Być może na papierze, bo moje spostrzeżenia tego absolutnie nie potwierdzają. Myślę, że bardzo nie skłamię jeśli powiem, że pracuję z ludźmi, różnymi ludźmi, od których można się wiele dowiedzieć i wierzcie mi w większości przypadków nie są to wiadomości, które nastrajały by optymistycznie. Rzecz jasna trzeba wziąć małą poprawkę na nasze polskie, genetyczne umiłowanie do biadolenia i narzekania, niemniej jednak, kolorowo nie jest. Bezrobocie jest wysokie, zwłaszcza wśród ludzi młodych i starszych, czyli tych grup, którym z przyczyn obiektywnych ciężko jest o pracę. Nadal w dużej mierze nie wykształcenie i umiejętności decydują o dobrej pracy ale właściwe nazwisko, to kto z kim pije wódkę i kto komu daje dupy - niekoniecznie w tej kolejności. Koszty życia są coraz wyższe, płace stoją w miejscu, choć jest to małe przekłamanie. One nie stoją w miejscu, tylko się "cofają", bo pomimo tego, że "rosną", to można za nie kupić coraz mniej. Wymieniać można długo, sądzę, że każdy obdarzonym pewną dozą intelektu oraz niedotknięty autyzmem lub propagandą widzi co się dzieje wokół i wie w czym rzecz.
Rzecz jasna są całe masy tych bez intelektu i zdolności samodzielnego postrzegania rzeczywistości i coś mi podpowiada, że to właśnie te masy są głównym celem propagandy sukcesu, w którą z uporem maniaka bawi się nasz rząd. Nie zmienia to faktu, że nóż otwiera mi się w kieszeni, gdy słyszę kolejne brednie na temat tego jak to się żyje w Polsce. Brednie zawsze poparte liczbami i głosami ekspertów, bo rzecz jasna, żaden materiał prasowy i propagandowy nie może obejść się bez 2 słów od nadwornego, podręcznego eksperta. Szkoda tylko, że ich wypowiedzi w większości wypadków są wyrwane z kontekstu. Nie mam w tym momencie na myśli poprawki edycyjne materiału, tylko kontekst ogólny, tak zwany "big picture". Ceny paliw rosną, w tv pojawia się ktoś, kto mówi, że ma co narzekać, bo przecież takie ceny są całej UE, albo trochę wyższe, więc należy się cieszyć. Wszystko fajnie, ale przecież w UE zarobki są inne niż w PL. Hello! Sprawa dosyć oczywista. Widać nie dla każdego.
1984 forever. Bez ministerstwa prawdy ani rusz.
Na koniec tych luźnych, zielonych refleksji mały komentarz odnośnie dróg na euro 2012. Nie zostaną one ukończone na czas (wszystkie) - a to niespodzianka! Bez obaw, nasz dzielny, "zielony" rząd potrafi wykazać się niezwykłą pomysłowością, przez którą to moje podejrzenia o dostęp do jakiegoś genetycznie modyfikowanego super-zielska w kuluarach na wiejskiej stają się coraz większe. Stworzony został projekt poprawek do spec-drogowej spec-ustawy. Należy dodać, że ów projekt jest bardzo spec. Zgodnie z nim będzie można oddać do użytku drogę nieukończoną, tym prostym sposobem drogi będą i ich nie będzie, ale będą. Rzecz jasna ministerstwo problemów żadnych nie widzi - potrafią skubańcy trzymać w płucach - nie ma co!
Reasumując - wszędzie tak zielono - że mi też zielono.
Zachęcam do komentowania i refleksji na temat naszej, zielonej, polskiej rzeczywistość. Bardzo gorąco zachęcam do wypowiedzi tych, którym jest autentycznie dobrze, a ich zarobki odpowiadają tym ze statystyk, bądź też publikacji prasowych. Bo rzecz jasna ja jestem malkontentem i mi się nic podoba. Wypowiadajcie się więc! Ci, którzy żyjecie na zielonej wyspie w Europie środkowej! Jeszcze jedno - chciałbym zarabiać tyle ile twierdzi jedna z gazet. Muszę się zainteresować sprawą, bo jakby na to nie patrzeć nie zarabiam tyle, a że nie chodzi o 10 złotych, to chyba warto się zainteresować tym gdzie te pieniądze się podziały. Aha, Szpila, tu ukłon w Twoją stronę, wg tej gazety, Ty też zarabiasz nieco więcej niż zarabiasz - zarobasie!
02 października 2011
Soul food.
Jan Delay i Oh Jonny. Niewiarygodnie bujający kawałek w klimacie funk-disco z płyty "Wir Kinder vom Bahnhof Soul".
11 września 2011
Soul Food
Ponownie niezastąpiony Ten Typ Mes i "Zanim znajdziemy". Potężna audiowizualna dawka emocji i jak to zwykle bywa w przypadku Mesa nietuzinkowy tekst.
24 sierpnia 2011
Apteczka raz jeszcze.
Jeżeli komuś ciągle się wydaje, że nie należy powrócić do pewnych starych, dobrych i sprawdzonych metod karania za pewne czyny, polecam lekturę tego newsa. Facet skatował na śmierć swoją 2 letnią córkę, bo płakała... Co z takim jegomościem począć? Sprawa jest prosta, patrz obrazek obok, vide Azja Tuhajbej bis. Wiem, że się powtarzam, ale każdy rynek powinien mieć kilka palików zarezerwowanych dla zwyrodnialców tego typu. Tym samym uzupełniam apteczkę o lek, który już dawno powinien w niej "oficjalnie" figurować. Ilustracja ciągle nienajlepsza, ale niestety z powodu zarzucenia tej metody leczenia, ciężko mi znaleźć odpowiednią.
14 sierpnia 2011
Soul food.
Kolejna dawka rapu, tym razem z ostatniej płyty Mesa. Dla tych, którzy lubią nieco "odważniejsze" teksty ;)
Sen o Warszawie.
Witam po przerwie. Jako, że była on dość długa wydaje mi się, że winien jestem Wam kilka słów wyjaśnienia. Złożyły się na nią dwa czynniki, pierwszy, dosyć prozaiczny, mianowicie brak czasu. Drugi w gruncie rzeczy także prozaiczny - naturalna reakcja obronna. Mój umysł, czy też mózg - jeśli kto woli, rozwinął pewien system obronny (chwała mu za to), który chroni go i mnie zarazem przed zalewem łajna, którym jesteśmy bombardowani z każdej strony. Jego działanie jest banalne jak konstrukcja cepa, a zarazem pieruńsko skuteczne. System działa dwufazowo. Pierwsza faza to odruch wymiotny (o którym już nie raz wspominałem), który uaktywnia się przy pewnym poziomie łajna. Dzięki temu prostemu mechanizmowi przestaję oglądać wiadomości, czytać gazety itd. Niestety jednak w dzisiejszych czasach ciężko jest się odciąć od napływu informacji i tym samym ulżyć sobie w cierpieniu. Wtedy aktywuje się zapasowy mechanizm obronny, który dla potrzeb własnych nazwałem DON'T CARE. Zasady działania wspomnianego wcześniej mechanizmu chyba nie muszę nikomu wyjaśniać.
Tyle tytułem wstępu. Dziś chciałbym się podzielić z Wami kilkoma spostrzeżeniami na temat stolicy naszego kraju. Koleje życia ponownie skierowały mnie do grodu nad Wisłą, tym razem jednak miałem nieco więcej czasu na zwiedzanie i tego typu rozrywki. Cóż mogę powiedzieć? Po pierwsze to, że nie jest to miejsce, w którym chciałbym zamieszkać na stałe. Po drugie, to że jest ono przykrym aczkolwiek bardzo dobrym obrazem stanu polskiej myśli urbanistycznej. Muszę się poprawić. Bezmyślności czy też jak kto woli bezplanu. Właśnie tak w kilku słowach można określić to co się wyprawia w Warszawie w odniesieniu do tego co, gdzie i jak się buduje. Warszawa o ile w tej kwestii jest przykładem wyrazistym, to niestety nie jest na skalę naszego kraju wyjątkiem. Smutna prawda wygląda tak, że nasza (bez)myśl architektoniczna leży i kwiczy. Co jest powodem tego stanu rzeczy - nie wiem i chyba nawet nie mam ochoty dochodzić. Faktem jest, że jak kraj długi i szeroki budynki "użyteczności publicznej" nadal budowane są w sposób nieuwzględniający tego, że petenci poruszają się samochodami i miło by było gdyby mieli możliwość zaparkowania auta możliwie blisko urzędu, do którego się udają. Parkingi, owszem można uświadczyć, niestety jednak są one najczęściej przeznaczone jedynie dla wybranych - czytaj pracowników. Być może niedługo w polskich miastach pojawi się nowa kampania outdoorowa pt. petencie ułatw sobie życie przyjdź do urzędu piechotą! Same plusy, mniejszy ruch na drodze, mniejsze zanieczyszczenie środowiska, ludzie zaznają więcej ruchu! Drugą rzeczą jest tak zwana architektura nowoczesna - czytaj szklano-stalowe kloce noszące miano biurowców bezwstydnie i bezmyślnie wciskane wszędzie tam gdzie znajdzie się miejsce. Chyba każdy wie o czym mowa i chyba każdy, kto został obdarzony choćby elementarnym poczuciem estetyki wie, że zazwyczaj pasują one do zastanej architektury jak pięść do nosa. Obraz nędzy i rozpaczy uzupełniają zazwyczaj "apartamentowce", bądź nowa generacja bloków, chyba już nie z wielkiej płyty jednakże w moim odczuciu tak samo, a czasem nawet szpetniejszych od tych z czasów Gierka. Jeżeli dodać do tego poziom rekonstrukcji architektury dawnej (nad którym nie będę się rozwodził, gdyż nie czuję się do tego uprawniony z racji braku kwalifikacji - zainteresowanych tematem odsyłam do literatury fachowej), który pozostawia sobie wiele do życzenia mamy pełen obraz nędzy i rozpaczy. Kolejny raz muszę z przykrością stwierdzić, że jest nasz rodzimy constans, który nie odbiega od innych dziedzin życia i ludzkiej aktywności w kraju nad Wisłą.
Tobie to się nic nie podoba! Tak, wiem moi mili i już chyba nic na to nie poradzę, ten model tak ma!
Aby udowodnić, że nie jest to do końca prawdą, pragnę gorąco polecić wizytę w Muzeum Powstania Warszawskiego. Każdy zainteresowany tą tematyką powinien się tam wybrać. Muzeum prezentuje naprawdę wysoki poziom i jest "zrobione z głową" co jest miłym odstępstwem od wspomnianego wcześniej constans panującego w Polsce.
15 kwietnia 2011
Kilka słów prawdy.
Czyli znowu o Smoleńsku, stosunkach polsko-rosyjskich i o naszej "elicie" rządzącej.
Zacznę od policzka wymierzonego we wszystkich piewców przyjaźni polsko-rosyjskiej. Wszystkich tych, którzy dali się nabrać na tanie gesty i fałszywe obietnice, wszystkich tych, którzy z jakichś dziwnych powodów ubzdurali sobie, że Rosja darzy nas sympatią i traktuje jako równorzędnego partnera. Wszystkich tych odwalających krecią robotę robotę w swoich gadzinówkach, piejąc peany na temat tego, jak to wspaniali są Rosjanie i jak to łączą się z nami w bólu. Ostatnie dni dostarczyły bardzo jasnego i jednoznacznego dowodu na to, gdzie mają nas Rosjanie i co o nas sądzą. Co sądzą o nas jako o narodzie i co sądzą o naszym (pożal się Boże) rządzie. Mam oczywiście na myśli usunięcie pamiątkowej tablicy i zastąpienie jej tablicą z jedynie słuszną treścią zredagowaną przez przyjaciół moskali. (Oczywiście są tacy, którym to w zupełności nie przeszkadza, jak np. niejaka Senyszyn, która twierdzi, że dobrze by było ukarać rodziny zmarłych za bezprawne postawienie tablicy, ale brednie tego szatańskiego pomiotu tym razem pozostawię bez komentarza.) W ten sposób wielki rosyjski niedźwiedź pokazuje nam wieli środkowy palec, lub ujmując to mniej poetycko - leje na nas ciepłym moczem. A co zrobi POkemońska ekipa? Przyjmie to na klatę, bo co tam, co innego można zrobić? MSZ zgłosił sprzeciw. Nie można chyba bardziej dosadnie pokazać komuś, że jeśli będzie się miało ochotę to się mu napluje w twarz, a tenże ma powiedzieć, że pada deszcz i podziękować. Nie jest to jednak specjalnie dziwne, gdyż jest to stała taktyka naszego kochanego rządu. Byleby kogoś przypadkiem nie rozdrażnić, a już Rosji w szczególności. Interesy państwa polskiego nie są tak ważne, jak dobre samopoczucie kacapów. Pytam się, jak w takiej sytuacji Polska ma być traktowana poważnie na arenie międzynarodowej? Osobiście nie widzę takiej możliwości. Nie przy obecnym kształcie polityki zagranicznej. Litwa w oczywisty sposób łamie prawa mniejszości polskiej, Niemcy mniejszości polskiej nadal nie uznają za mniejszość, Rosja - bez komentarza, a co robi nasz rząd? Jak na razie nic. W każdym razie nic konkretnego. Czy coś zrobi? Pewnie nie, bo po co?
Chciałbym teraz przyjrzeć się obchodom rocznicy katastrofy. Chyba nikt nie spodziewał się, że przebiegną one w sposób cywilizowany, no chyba, że przeleżał kilka ostatnich dekad pod śniegiem. Ja też nie spodziewałem się ani "normalności" ani "cywilizacji". Po raz kolejny (niestety) się nie zawiodłem. Wszyscy, którzy mniej lub bardziej dokładnie śledzą bieżące wydarzenia mieli okazje być świadkami tego żałosnego przedstawienia, które w jasny sposób pokazało, że pamięć po zmarłych i uczucia ich rodzin są niczym w zderzeniu z doraźnymi interesami politycznymi i nieodpartą, perwersyjną wręcz, chęcią poniżenia przeciwnika. Bójki, bojkoty, skoki przez płot, przepychanki, kretyńskie komentarze, jedna wielka szarpanina. Szkoda słów. Dlaczego więc o tym wspominam? Dlatego, że takie wydarzenia i zachowania im towarzyszące aż za dobrze obrazują polską mentalność. Widać jak na dłoni jacy jesteśmy, my jako naród. Skłócony, podzielony, głupi... Smutne ale prawdziwe. Od jakiegoś czasu Krakowskie przedmieście zamieniło się w papierek lakmusowy pokazujący to kim są Polacy. Niech ktoś mi powie, że podoba mu się to co widzi. Oglądając to co się działo na Krakowskim przedmieściu często miałem wrażenie, że zgromadzeni tam ludzie, gdyby tylko mogli, to najchętniej by się zatłukli - tylko dać im przyzwolenie i trochę sztachet i kijaszków. Wtedy dopiero by się działo.
Niestety moi drodzy tak właśnie wygląda polskie społeczeństwo, stan posiadania ani klasa społeczna nie grają tu większej roli - jedni mogą mieć sztachetę, drudzy profesjonalną pałkę, trzeci garść pomówień - nieważne cel jest zawsze ten sam - zgnoić przeciwnika, tego drania, tego gada. Powtarzam od wielu lat, (zresztą nie ja pierwszy na to wpadłem) Polska nie potrzebuje zewnętrznych wrogów, jesteśmy wystarczająco dobrzy w wykańczaniu się nawzajem. W tym kontekście innego znaczenia nabiera powiedzenie, jeśli masz wrogów, to usiądź na skraju rzeki i czekaj cierpliwie aż ich ciała spłyną wraz z nurtem.
Część ludzi ma już serdecznie dosyć wszystkiego co związane jest z katastrofą i wcale im się dziwię. Niestety smutna prawda jest taka, że kolejny raz prawdy możemy się długo nie doczekać. To jedno, a drugie, to fakt, że katastrofa ma zbyt dużą polityczną wartość, dlatego też jeszcze długo będziemy musieli przyglądać się zamienianiu tragedii na kapitał polityczny - w ten lub inny sposób. Będziemy także musieli się przyglądać kolejnym próbom jej bagatelizowania oraz słuchać o tym, że pada deszcz, gdy kacapy będą pluły nam w twarz. Będziemy także musieli być świadkami dalszego podziału naszego społeczeństwa, bo nie miejmy wątpliwości, ta sytuacja nie jest w stanie złączyć Polaków, jak jasno widać tylko nas dzieli i dzielić będzie, zwłaszcza, że jest wielu, którym te podziały są bardzo na rękę. Może w tej kwestii jestem pesymistą, nie wiem, czas pokaże, powiem tylko, to co mówię zazwyczaj - chciałbym się mylić.
07 kwietnia 2011
Smoleńsk.
Za katastrofą smoleńską stali rosyjscy przywódcy, którzy chcieli usunąć Lecha Kaczyńskiego - taki wniosek płynie z kontrowersyjnego filmu dokumentalnego pt. "List z Polski" zrealizowanego dla holenderskiej telewizji przez Mariusza Pilisa. Zdaniem przewodniczącej Rady Etyki Mediów Magdaleny Bajer, snucie sensacyjnych, spiskowych teorii, przed ujawnieniem polskiego raportu na temat katastrofy jest bardzo szkodliwe. - Lansowanie jednej tezy, a zwłaszcza mówiącej o zamachu, jest nadużyciem moralnym - przekonuje.
Powiedzcie czego można się dowiedzieć, z tego, jakże ciekawego i pouczającego cytatu zamieszczonego powyżej? Niestety niczego nowego. A mianowicie tego, że jeśli lansuje się jedną tezę, która nie jest jedyną słuszną tezą, to jest szkodliwe, jeśli natomiast lansujemy tę jedyną słuszną tezę, to jest ok. Można się także dowiedzieć, że Pani przewodnicząca albo cierpi na schizofrenię, albo nie jest wolna od oczywistych wpływów politycznych, albo jedno i drugie. Bo przecież, jeżeli ktoś nie posiadając absolutnie żadnych informacji na temat katastrofy (poza tym, że miała miejsce) automatycznie zakłada, że wina leży po stronie polskich pilotów, to wszystko jest haraszo? Jak jasno widać na załączonym obrazku Rada Etyki Mediów (której samo istnienie uważam za kuriozalne - media i etyka - proszę...) jest kolejną instytucją, która przedkłada jedyny słuszną wizję świata ponad polską rację stanu. Mówienie o zamachu jest nadużyciem moralnym? A to dobre. Byłbym bardzo zadowolony, gdyby pewien typ ludzi przestał sobie wycierać gębę takimi pojęciami jak moralność. Niestety jest to jedno z wielu pobożnych życzeń na mojej długiej liście. Polski raport - to też jest dobre, co takiego może się w nim znaleźć? Smutna prawda jest taka, że wielkie G. Jak wiemy od niedawna zamach już został wykluczony - jakoś mnie to nie dziwi. Przyjmijmy na chwilę, że możemy go w 100% wykluczyć - niewiele to zmieni, gdyż jak to było i jest widać współpraca ze stroną rosyjską w kwestii, tak zwanego (pożal się Boże) "śledztwa" idzie jak po grudzie. Wraku ciągle nie dostaliśmy, niech sobie spokojnie gnije przykryty brezentem, czarnych skrzynek nie dostaliśmy, bo po co? I tak dalej, i tak dalej, że tomiwisizmie i mamtowdupizmie polskiego rządu nie wspomnę - ujmując rzecz delikatnie.
Kolejna ciekawa kwestia, to rzekoma "kontrowersyjność" tego materiału. Osobiście nie odnajduję w nim niczego kontrowersyjnego, ale ja zaliczam się do ciemnogrodu - może dlatego. Nie zmienia to faktu, że nie naprawdę nie wiem co jest kontrowersyjnego w zadawaniu uzasadnionych pytań, wskazywaniu uchybień i zaniedbań leżących po stronie rządu polskiego i rosyjskiego, domagania się na te pytania odpowiedzi i przypomnienie kilku zdarzeń historycznych z zakresu stosunków polsko-rosyjskich? Pytam się ponownie gdzie ta kontrowersja? Chyba, że kontrowersja polega na tym, że przyjaciołom moskalom może coś się nie spodobać, a przecież tego byśmy nie chcieli... Chyba, że kontrowersja polega na tym, że ktoś ma czelność pochylić się nad losem złego Kaczyńskiego i wytknąć ekipie słońca kaszub jej karygodne błędy - zaiste wielka to kontrowersja...
Jeżeli ktoś jeszcze nie widział filmu, to polecam, dostępny na YT. Tylko, uwaga! Jest kontrowersyjny!
Jako mały dodatek - przykład na to jak należy walczyć o swoje - sztuka, której żaden z dotychczasowych polskich rządów nie potrafił posiąść. Zawsze mówię, że Żydów można nie lubić, nie można za to ich lekceważyć.
Na koniec akcent zza zachodniej granicy w wykonaniu nikogo innego, tylko Eriki Steinbach. Zbrodnicza polityka Hitlera nie jest wystarczającym usprawiedliwieniem wypędzeń Niemców w czasie II wojny światowej i po niej. Myślę, że moi czytelnicy doskonale wiedzą co sądzę o tej Pani, dlatego też nie będę się powtarzał, gdyż, jak się zapewne domyślacie mój stosunek do niej nie uległ zmianie. Powyższe stwierdzenie pozostawiam bez komentarza. Powiem tyko, że należy jej się uznanie za konsekwencję w działaniu. Kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą?
30 marca 2011
Bul i
hańba, bo inaczej nie można się wyrazić o działaniach ekipy prezydenta Komurofskiego.
Do ostatniej chwili ludzie Bronisława Komorowskiego blokowali inicjatywę umieszczenia na jednym z warszawskich budynków tablicy upamiętniającej węgierską pomoc w czasie wojny z bolszewikami w 1920 roku.
Z artykułu dowiadujemy się ponadto, że na dzień przed przyjazdem delegacji węgierskiej urzędnicy podjęli decyzję, w której stwierdzili, że tablica nie zostanie powieszona, gdyż udział prezydenta w takiej uroczystości mógłby zostać źle odebrany przez Rosję. Włos jeży się na głowie i przez chwilę brak mi słów. Wydawało mi się, że poza chorymi strukturami UE, Polska jest krajem suwerennym i jako taki nie musi pytać się Rosji o to czy może iść zrobić siusiu. Więcej, wydawało mi się, że jako suwerenny naród możemy wieszać na terenie swojego kraju tablice jakie nam się tylko żywnie spodoba. No i wydawało mi się jeszcze, że prezydent (jaki by nie był i co by o nim nie sądzić) będzie chociaż w stanie udawać, że jest prezydentem suwerennego kraju, który nazywa się Polska. Niestety działania takie jak to opisane powyżej sprawiają, że zaczynam szczerze wątpić w słuszność moich założeń.
Ostatecznie tablicę odsłonięto po tym jak oburzona (nie dziwię się) strona węgierska zagroziła rabanem w mediach. Kolejny raz brak mi słów.
Pomimo powyższego stwierdzenia jakieś słowa muszę znaleźć, gdyż takie zachowanie woła o pomstę do nieba.
Panie Komorowski, - HAŃBA, po prostu hańba. Tak się zachowuje prezydent? Nie upamiętnimy ludzi, którzy ginęli by pomóc w walce z najeźdźcą, bo tym najeźdźcą była Rosja, która teraz może się za to obrazić? Z całą stanowczością należy stwierdzić, że jest to zachowanie niegodne Prezydenta RP. Trzeba nie mieć za grosz przyzwoitości i wstydu żeby tak się zachowywać. Chyba Szanowny Pan Komorowski zapomniał dla jakiej drużyny powinien grać. Gdyby Pan Komorowski miał trochę wspomnianego wstydu i przyzwoitości to powinien zapaść się pod ziemię i zrezygnować z pełnienia urzędu, którego, moim zdaniem, nie jest godzien. (Najlepiej w odwrotnej kolejności).
Kolejny raz pytam się jak, kiedy ma być w tym kraju dobrze (lub chociaż lepiej) jeśli nasz prezydent boi się reakcji obcego państwa na odsłonięcie tablicy pamiątkowej? Nie mam pewności, ale wydaje mi się, że jeśli chodzi o tego typu sytuacje to jesteśmy ewenementem na skalę światową i niestety, po raz kolejny, wcale nie jest to powód do dumy.
Na koniec powtórzę - Panie Komorowski - HAŃBA.
22 marca 2011
17 marca 2011
Siuga, siuga...
honey, honey, czyli gdzie macie rozum, kochani? Czyli o głupocie eurokołchozu raz jeszcze. Zapewne większość Was zaobserwowała drastyczną podwyżkę cen cukru (i nie tylko). Obecnie jego cena wynosi nawet ponad 6 złotych, niektórzy spekulują, że zatrzyma się na 10. Żyć nie umierać.
Jako, że jestem zwolennikiem teorii przyczynowo-skutkowej, postanowiłem sprawdzić jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy. Szybko ustaliłem, że jest ona dość prozaiczna i nazywa się głupota. Ktoś może powiedzieć, że wszystko tłumaczę głupotą - i będzie miał rację. Nie jest jednak moją winą, że to właśnie najzwyklejsza w świecie głupota ludzka jest przyczyną większości "nieszczęść" z jakimi musi borykać się ludzkość.
Do rzeczy. Otóż ukochana przeze mnie unia debiloeuropejska kilka lat temu postanowiła wprowadzić limity produkcji cukru. Z tego co udało mi się wyczytać było to spowodowane kilkoma czynnikami, między innymi "przegranym panelem WTO" w wyniku, którego eksport z UE został ograniczony, a zwiększony został import z krajów "najmniej rozwiniętych". Zainteresowanych szczegółami odsyłam do przyjaciela mas - pana googla. Nie zagłębiając się w technikalia, czy też meandry rokowań i paneli WTO, UE i innych wynalazków przyjrzyjmy się ich wynikowi. UE wprowadziła limity produkcji cukru dla państw członkowskich. Zamknięto wiele cukrowni, wielu ludzi straciło pracę, a UE musiała wypłacać rolnikom rekompensaty, rzecz jasna ze swojej kieszeni, przepraszam z naszej. W Polsce zamknięto (jeżeli mnie pamięć nie myli 22 cukrownie), w 2009 nasz limit produkcji cukru zmniejszył się o 366 tysięcy ton. Żeby było jeszcze ciekawiej, to jakakolwiek nadwyżka nie może zostać sprzedana w obrębie UE tylko musi zostać wyeksportowana. dum, dum, dum.....
Liczbami z pewnością mógłbym wypełnić wiele stron, ale nie o to mi chodzi. "Brakujący" cukier UE importowała z krajów "najmniej rozwiniętych" i wszystko grało i buczało (powiedzmy). Do czasu. Do czasu nieurodzaju w krajach - "najmniej rozwiniętych". No i co? Żarło, żarło i zdechło, albo jak kto woli się zesrało, a zesrać się musiało. Dlaczego? Dlatego, że wierchuszka UE, składająca się z ludzi "najmniej rozwiniętych umysłowo", nie jest świadoma jednego, prostego jak konstrukcja cepa, faktu/prawa/stałej w przyrodzie - mianowicie tego, że KAŻDA gospodarka sterowana musi się ZESRAĆ. Przykładów potwierdzających to prawidło jest aż za dużo, a że UE jest de facto czymś w rodzaju gospodarki sterowanej nie trzeba chyba nikogo przekonywać - termin limity produkcji, chyba mówi sam za siebie.
Niestety UE jest tworem wyjątkowo odpornym na wiedzę, prawidła i, co chyba najgorsze, zdrowy rozsądek. Dlatego też pławi się w limitach, rekompensatach, ustawowych krzywiznach bananów i innych fantasmagoriach. Muszę przyznać, że jest to dość smutny i przykry widok, gdyż UE sama w sobie nie była złym pomysłem. Powiem więcej, UE była całkiem fajnym pomysłem, jak to jednak zazwyczaj bywa do czasu. Do czasu, w którym z "organizacji" o charakterze gospodarczym przemieniła się w organizację o charakterze politycznym. Wiadomo, gdzie polityka - tam nieuchronnie syf i szlam wszelaki. Gdyby UE nadal miała charakter unii gospodarczej sprawy z pewnością miałyby się inaczej. Niestety jednak już od dawna tak jest, że żeby coś ludziom "sprzedać" to trzeba do tego dorobić ideologię. Tak też się stało w przypadku UE. Mamy więc teraz "zjednoczoną jełropę", która kumuluje w sobie zjednoczoną głupotę jej mieszkańców i to zdaje jej się obecnie wychodzić najlepiej. To i otumanianie tychże mieszkańców szeroką gamą mrzonek. Choć ludzie chętnie kupują euromrzonki, to mrzonki te nie są w stanie zmienić pewnych, odwiecznych praw natury, zgodnie z którymi UE w końcu runie - tak jak każdy kolos na glinianych nogach przed nią i po niej.
10 marca 2011
07 marca 2011
Soul food.
Dziś coś dla ucha i dla oka - jeśli ktoś jest uczulony na język niemiecki - tylko dla oka. Samy Deluxe i Stumm.
Zasłyszane czyli trudny język ojczysty.
"[...] musimy jakby nauczyć się zacząć żyć ze sobą". - bo teraz już nic nie jest jednoznaczne i jasne, tylko jakby jasne.
"[...] walczymy o godność do pracy i do płacy". - ???
Coś z innej beczki, ale też dobre
"[...] ja, to jak sobie robię rano śniadanie to nie kroję bułek, po chuj mam czas marnować? Kładę wędlinę na górę i już".
06 marca 2011
Szpiedzy specjalnej troski.
Jakiś czas temu zacząłem oglądać serial zatytułowany "Czas honoru". Akcja rozgrywa w się podczas II WŚ w Warszawie, a głównymi bohaterami są Cichociemni. O ile z wiadomych względów nie spodziewałem się cudów, to ucieszyłem się, że ktoś zrobił film o ludziach, o których przez wiele lat milczano. Niestety moja radość nie trwała długo.
Serial ten jest niestety kolejnym dowodem na to, że polska kinematografia sięgnęła dna i że może być już tylko gorzej. Zacznę od tego, co mnie najbardziej boli, gdy oglądam Czas honoru. (Tak, jestem twardy - obejrzę do końca). Boli mnie sposób w jaki przedstawia się ludzi tworzących polskie podziemie oraz Cichociemnych. Gdyby ludzie ci wykazywali się takim poziomem debilizmu i absolutnym brakiem profesjonalizmu, to podziemia by po prostu nie było, a nawet gdyby było, to nie wytrwałoby by miesiąca. Niektórzy mówią, że nie jest to serial historyczny, tylko sensacyjny, dlatego też nie można mieć mu za złe tego, że nie oddaje realiów. Nie zgadzam się. Można zrobić serial sensacyjny osadzony w realiach historycznych i świetnie pogodzić jedno z drugim - trzeba tylko chcieć i włożyć w to odpowiedni wysiłek. To po pierwsze. Po drugie - moim zdaniem nic nie jest w stanie usprawiedliwić kretynizmu jakim po brzegi napakowana jest ta produkcja. Nie jestem ekspertem w dziedzinie wywiadu, konspiracji czy też prowadzenia działań wojskowych, jednakże skromna wiedza jaką posiadam na ten temat + zdolność logicznego myślenia pozwalają mi stwierdzić, że Czas jest głupszy niż ustawa przewiduje. Zrzut - w samolocie ma miejsce akcja darcia zdjęć ukochanych - w końcu konspiracja musi być, ale zagraniczne fajki w kieszeni w razie czego na pewno nie wzbudzą podejrzeń. Cała grupa zostaje skierowana do miasta, w którym mieszkała przed wojną, by beztrosko na ulicy wymieniać się spostrzeżeniami w stylu "okupacyjna taksówka taka jaką nam pokazywali na szkoleniu w Anglii". Każdy z Cichociemnych pomimo zakazu, zdrowego rozsądku, logiki i instynktu samozachowawczego spotyka się ze swoimi narzeczonymi, matkami, żonami i kochankami. Aby zmylić gestapo spotykają się zawsze w tych samych miejscach. Rannych także zawożą do tego samego szpitala, w którym pracuje matka dwójki bohaterów - w końcu nie ma jak sprawdzony lekarz. Na tym jednak nie koniec. Zabawa dopiero się zaczyna. Jeden z bohaterów zostaje złapany i trafia w ręce Gestapo, potem zostaje odbity. Co dzieje się dalej? Czy zaszywa się najgłębiej jak tylko może,daleko od warszawy? Wraca do Anglii? Otóż nie. Wtedy film nie byłby ciekawy. Zatrudnia się w Reichsbanku! Narzeczona jednego z Cichociemnych, której udało się wyrwać z rąk Gestapo w ramach ukrywania się paraduje radośnie po Warszawie w towarzystwie narzeczonego - należy dodać, że przed wojną była znaną aktorką. Inny Cichociemny najpierw spotyka się z narzeczoną w Getcie, potem ją z niego wyciąga, a potem robi zaproszenia na ślub - potem gości aresztuje Gestapo.... Żeby było jeszcze weselej, to nasi bohaterowie są przydzielani do różnorakich zadań w sposób, jakby to powiedzieć, losowy, no w każdym razie ja mam takie wrażenie. Dziś podrabiasz kennkarty, jutro napadasz na bank, a pojutrze wysadzasz pociąg - potem się zobaczy. Dla pocieszenia dodam, że debilizm polskiego podziemia jest równoważony debilizmem Abwehry tudzież Gestapo - np. po wprowadzeniu do struktur podziemia swoich szpiegów ci składają meldunki na Szucha, aha żeby było ciekawiej wszyscy noszą te same koszule wyprodukowane w Niemczech.... Jak się zapewne domyślacie lista niedorzeczności jakie pojawiają się w serialu mogłaby się ciągnąć jeszcze długo, myślę jednak, że te przedstawione powyżej dają wystarczające wyobrażenie o poziomie tej produkcji.
Serial ten jest niestety kolejnym dowodem na to, że polska kinematografia sięgnęła dna i że może być już tylko gorzej. Zacznę od tego, co mnie najbardziej boli, gdy oglądam Czas honoru. (Tak, jestem twardy - obejrzę do końca). Boli mnie sposób w jaki przedstawia się ludzi tworzących polskie podziemie oraz Cichociemnych. Gdyby ludzie ci wykazywali się takim poziomem debilizmu i absolutnym brakiem profesjonalizmu, to podziemia by po prostu nie było, a nawet gdyby było, to nie wytrwałoby by miesiąca. Niektórzy mówią, że nie jest to serial historyczny, tylko sensacyjny, dlatego też nie można mieć mu za złe tego, że nie oddaje realiów. Nie zgadzam się. Można zrobić serial sensacyjny osadzony w realiach historycznych i świetnie pogodzić jedno z drugim - trzeba tylko chcieć i włożyć w to odpowiedni wysiłek. To po pierwsze. Po drugie - moim zdaniem nic nie jest w stanie usprawiedliwić kretynizmu jakim po brzegi napakowana jest ta produkcja. Nie jestem ekspertem w dziedzinie wywiadu, konspiracji czy też prowadzenia działań wojskowych, jednakże skromna wiedza jaką posiadam na ten temat + zdolność logicznego myślenia pozwalają mi stwierdzić, że Czas jest głupszy niż ustawa przewiduje. Zrzut - w samolocie ma miejsce akcja darcia zdjęć ukochanych - w końcu konspiracja musi być, ale zagraniczne fajki w kieszeni w razie czego na pewno nie wzbudzą podejrzeń. Cała grupa zostaje skierowana do miasta, w którym mieszkała przed wojną, by beztrosko na ulicy wymieniać się spostrzeżeniami w stylu "okupacyjna taksówka taka jaką nam pokazywali na szkoleniu w Anglii". Każdy z Cichociemnych pomimo zakazu, zdrowego rozsądku, logiki i instynktu samozachowawczego spotyka się ze swoimi narzeczonymi, matkami, żonami i kochankami. Aby zmylić gestapo spotykają się zawsze w tych samych miejscach. Rannych także zawożą do tego samego szpitala, w którym pracuje matka dwójki bohaterów - w końcu nie ma jak sprawdzony lekarz. Na tym jednak nie koniec. Zabawa dopiero się zaczyna. Jeden z bohaterów zostaje złapany i trafia w ręce Gestapo, potem zostaje odbity. Co dzieje się dalej? Czy zaszywa się najgłębiej jak tylko może,daleko od warszawy? Wraca do Anglii? Otóż nie. Wtedy film nie byłby ciekawy. Zatrudnia się w Reichsbanku! Narzeczona jednego z Cichociemnych, której udało się wyrwać z rąk Gestapo w ramach ukrywania się paraduje radośnie po Warszawie w towarzystwie narzeczonego - należy dodać, że przed wojną była znaną aktorką. Inny Cichociemny najpierw spotyka się z narzeczoną w Getcie, potem ją z niego wyciąga, a potem robi zaproszenia na ślub - potem gości aresztuje Gestapo.... Żeby było jeszcze weselej, to nasi bohaterowie są przydzielani do różnorakich zadań w sposób, jakby to powiedzieć, losowy, no w każdym razie ja mam takie wrażenie. Dziś podrabiasz kennkarty, jutro napadasz na bank, a pojutrze wysadzasz pociąg - potem się zobaczy. Dla pocieszenia dodam, że debilizm polskiego podziemia jest równoważony debilizmem Abwehry tudzież Gestapo - np. po wprowadzeniu do struktur podziemia swoich szpiegów ci składają meldunki na Szucha, aha żeby było ciekawiej wszyscy noszą te same koszule wyprodukowane w Niemczech.... Jak się zapewne domyślacie lista niedorzeczności jakie pojawiają się w serialu mogłaby się ciągnąć jeszcze długo, myślę jednak, że te przedstawione powyżej dają wystarczające wyobrażenie o poziomie tej produkcji.
Kolejna rzecz to drewno. Drewno, które zasiliło obsadę w ilościach uniemożliwiających dźwignięcie się tej produkcji ponad poziom szlamu choćby na chwilę. Domyślam się czym kierowano się przy doborze obsady - nie urodziłem się wczoraj. Nie wiem tylko co miało kluczową rolę - to że drewna jest więcej niż prawdziwych aktorów, to, że żyjemy w Polsce i liczy się czyim jest się synem/córką lub/i kogo się zna, a nie czy się coś potrafi, czy to, że ludzie (nie wiedzieć czemu) lubią patrzeć na Zakościelnego.
Kolejną sprawą jest reżyseria, na którą widać, że był pomysł, szkoda tylko, że chybiony i to zupełnie. Wstawki z materiałów archiwalnych służące jako "przerywniki/przejścia" pomiędzy scenami są dla mnie niezwykle irytujące, zwłaszcza, że są one zawsze takie same. To samo się tyczy tych samych ujęć wykorzystywanych na okrągło. Na kilka anachronizmów można przymknąć oko, choć nie wierzę, że sporych rozmiarów antena satelitarna odbijająca się w przedniej szybie ciężarówki nie mogła zostać komputerowo usunięta.
Reasumując - pomimo wszystkiego co napisałem powyżej, dobrze, że powstał serial o Cichociemnych. Szkoda, że tak naprawdę oglądając go jedyne co można się dowiedzieć, to to, że ludzie tacy istnieli - cała reszta rzadko kiedy ma sens (a przepraszam, wydaje mi się, że mundury, broń, pojazdy itp. są ok). Niestety pod tym względem produkcja ta nie wyróżnia się zbytnio od innych. Filmy opowiadające historię Nila, Pileckiego, czy też Katyń także pozostawiają sobie wiele do życzenia, zwłaszcza jeśli chodzi o sposób w jaki zostali przedstawieni tam główni bohaterowie - najsłabiej wypada chyba Pilecki. Z pewnością długo jeszcze trzeba będzie czekać na rzetelne opracowanie tej części naszej historii, zwłaszcza, że pośród wielu ludzi popularnym jest pogląd, że historii już starczy i nie ma sensu się w nią zagłębiać - przecież to było i minęło.... Nie zmienia to faktu, że AK należy się historyczne opracowanie z prawdziwego zdarzenia - a takiego moim zdaniem ciągle brak.
05 marca 2011
Freundschaft uber alles.
Zapraszam do lektury artykułu pod tytułem "Polska partia w Niemczech". Jest nie tyle ciekawy, co pouczający. Otóż polakom w Niemczech ciągle nie przywrócono statusu mniejszości narodowej, dlatego też ktoś wpadł na pomysł, żeby założyć partię i w ten sposób dochodzić praw polaków w Reichu.
O ile pomysłu jako takiego nie potępiam, to uważam, że nie tędy droga. Dlaczego? A no dlatego, że bardzo mocno wierzę w ideę wzajemności. Skoro Niemcy mają w Polsce status mniejszości i wiążące się z nim benefity, to chyba nie jest dziwnym, że Polacy w Niemczech domagają się tego samego, zwłaszcza, że, jak można dowiedzieć się z artykułu, Polaków w Reichu jest 1,5 miliona - nie w kij dmuchał. No, ale jak świat światem - a nie, zaraz to chyba o kacapach... no nieważne Jak światem ani helmut ani kacap nie będzie nam bratem, więc przywileje dla mniejszości polskiej w BDR można włożyć między bajki. Co z tym zrobić? Kierując się wspomnianą zasadą wzajemności odebrać Niemcom mieszkającym w Polsce status mniejszości i po sprawie. Jak Kuba Bogu, tak Bóg Kubie... - proste prawda? Niestety nie wiedzieć czemu proste rozwiązania, które jak wiadomo często bywają najlepsze, nie cieszą się ostatnimi czasy zbytnią popularnością.
Subskrybuj:
Posty (Atom)









